Real zbyt królewski

Rozpacz, szyderstwo, histeria, próba ogarnięcia całej sprawy rozumem. Reakcje na klęskę Realu w Pucharze Hiszpanii przybierają cztery podstawowe, doskonale nam znane barwy. Rozpaczają kibice, którzy szokujące 0:4 z Alcorconem muszą znosić w erze fenomenalnej gry Barcelony. Szydzą piłkofile Realowi niechętni, którzy wypominają wyłożone latem ćwierć miliarda euro na transfery i sadystycznie zliczają występy w reprezentacjach swoich krajów piłkarzy (uzbierali ich grający we wtorek „Królewscy” w sumie 465!) pokonanych przez trzecioligowców. Histeryzuje madrycka prasa, która tradycyjnie – można już chyba rzec: w odruchu bezwarunkowym – żąda wykopania z klubu trenera. Racjonalnych wytłumaczeń próbują szukać emocjonalnie niezaangażowani, którym w głowach się nie mieści, dlaczego świetni gracze – profesjonaliści – nie byli w stanie zmobilizować się choćby dopiero w przerwie, kiedy przegrywali 0:3. Czy w drugiej połowie nie powinni byli umierać na boisku za częściowe choćby odrobienie strat, żeby do rewanżu przystąpić jako murowani faworyci?

Meczu nie oglądałem (poza ostatnim kwadransem), więc co do szczegółów mądrzył się nie będę. Uważam też, że wciąż zbyt wcześnie na rozstrzyganie, czy projekt Galacticos 2.0 ma szansę się powieść. Manuel Pellegrini nie zaczął budowy drużyny od setek milionów, jak chcą sprowadzający sport do kwot transferowych, lecz od zera – instalowanie siedmiu nowych graczy w wyjściowej jedenastce samo w sobie stanowi wyzwanie, a chilijski trener instaluje ich, konsekwentnie stosując tak dzisiaj modną, jak niezbędną rotację w składzie. Sądzę wreszcie, że hipoteza o zlekceważeniu przez faworytów potwornie zdeterminowanych rywali wystarcza, by uzasadnić sensacyjny wynik.

Do mojej wyobraźni przemawia jednak przede wszystkim wspomnienie, jak piłkarze Realu spisywali się w Copa del Rey w przeszłości. Przemawia, szokuje nie mniej niż wtorkowa klęska i bardziej niż wtorkowa klęska ośmiela ku generalnym tezom. Oto „Królewscy” nie zdobyli Pucharu Hiszpanii od 1993 roku, do finału dotarli przez te 16 lat zaledwie dwukrotnie, a w minionych sezonach wypadali żenująco lub nędznie. W edycji 2008/2009 już w pierwszej rundzie przegrali z również trzecioligowym Realem Union. W edycji 2007/2008 w 1/8 finału dwukrotnie pokonała ich Mallorca. W edycji 2006/2007 również w 1/8 finału wyeliminował ich Betis Sewilla (potem ledwie uniknął spadku do drugiej ligi). W edycji 2005/2006 dotarli do półfinału, by tam przegrać w Saragossie 1:6. W edycji 2004/2005 znów w 1/8 finału silniejszy okazał się Valladolid, wówczas drugoligowy. Oczywiście żaden z wymienionych przeciwników nie zdobył później trofeum.

Owszem, krajowe rozgrywki pucharowe niemal wszędzie straciły blask, niemal wszędzie traktuje się je półserio, niemal wszędzie służą za okazję, by trochę piłkę pokopali również rezerwowi lub/i młodzi, niemal wszędzie faworyci miewają sensacyjne wpadki. Inni europejscy giganci co pewien czas je jednak wygrywają. A jeśli nie, odpadają znacznie później. Wygrywa je Barcelona, wygrywa je Manchester, Arsenal, Chelsea albo Liverpool (w Anglii są prestiżowe, ale zerknijmy na Puchar Ligi Angielskiej), wygrywa je Inter, Roma albo Milan, wygrywa je Bayern.

Zmierzam do sformułowania teorii, że problem Realu może tkwić znacznie głębiej niż nam się zdaje – w klubowym DNA, w podupadłym etosie, w demoralizującym poczuciu przynależności do futbolowych wyższych sfer, które występuje także w innych wielkich firmach, lecz – być może – w nieco niższym stężeniu. Gram na Santiago Bernabeu, więc stworzono mnie do wyzwań największych, pewne zadania są poniżej mojej godności, zwycięstwa nad anonimowymi prowincjuszami nikt nie doceni, tytuł „Królewscy” zobowiązuje. Takie frazy oczywiście nigdy nie padły, piszę o imponderabiliach, krążących po Madrycie memach, sprawach niewypowiedzianych, może też niepomyślanych. Jak Florentino Perez dąży ku Pucharowi Europy na skróty, epatując cały świat transferową bulimią, tak i piłkarze najchętniej uniknęliby wczesnorundowego odrabiania pańszczyzny, by z miejsca przystąpić do gier transmitowanych przez wszystkie telewizje galaktyki. Real to przecież sam blichtr, sportowy olimp, salon arystokratów.

Inaczej notorycznych pucharowych fiask wytłumaczyć sobie nie umiem, wyobrażam sobie natomiast, że wtorkowy wstyd stanie się traumą ozdrowieńczą, że zamiesza w madryckich głowach. Wyobrażam sobie, przyznaję, z trudem (w końcu rok temu odpadł Real z trzecioligowcem), ale jednak. Czy w rewanżu swoją obecnością na boisku zaszczycą Alcorcon wszystkie lśniące megagwiazdy? Czy zdołają wziąć odwet o mocy pięciu goli i awansują? Tym razem mecz będzie tym, co lubią. Wydarzeniem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s