Grzegorz Lato, dresiarz w oborze

To był czwartek pełen przygód. Rano dwugodzinne tete-a-tete z samym Antoni Piechniczkiem (porywający wywiad w poniedziałkowej „Gazecie Sport”), wieczorem wspólny seans z Pierwszą Damą.

Gdybym nie spotkał w kinie dostojnej pani prezydentowej (tak zwyczajnie między ludzi chodzi? nawet była bezbronna przez kilka minut, bo jej bodyguard poszedł na stronę…) i gdyby ów szczęśliwy traf nie zbiegł się w czasie z rocznicą wyboru na prezesa PZPN Grzegorza Laty, to pewnie bym nie odczuł w bebechach tak dojmująco, jak okropną, pozbawioną śladowych choćby atutów, nieprzystającą do jakiejkolwiek oficjalnej funkcji figurą jest ten ostatni.

Rocznica mija pierwsza, ja właśnie zapaliłem kadzidło w intencji uniknięcia drugiej. Skoro obchodzimy tak znaczący jubileusz, blogerowi od sportu wypada poświęcić mu notkę, najlepiej życzliwą w puencie i wyważoną w poprzedzających ją ocenach. Niestety, na wstrzemięźliwość mnie nie stać. Pamiętacie? W trybie ściśle tajnym Lato oddawał PZPN – do 2020 roku – w ręce Sportfive i jej szefa Andrzeja Placzyńskiego, który jeszcze po następnych trzech mundialach będzie biznesowym reprezentantem związku. W żenującym stylu – przed kamerami telewizji i poza plecami zainteresowanego – zwalniał Lato Beenhakkera. Publicznie kpił ze ścigania futbolowych łapówkarzy. Kompromitował się żałosnymi wypowiedziami na każdy możliwy temat (tutaj się nad nimi znęcałem), w miarę dobrze wypadał tylko wtedy, gdy milczał. Rzecznikiem prasowym związku mianował typa, który w wywiadach nazywa dziennikarzy chujami. Pilotował fikcyjny konkurs na trenera reprezentacji, tracąc bezcenny przed Euro 2012 czas na szopkę z tymczasowym p.o. selekcjonera Stefanem Majewskim. Zagwarantował sobie horrendalną pensję, prawdopodobnie dzięki niepisanej umowie barterowej – akceptujący ją w głosowaniu członkowie zarządu PZPN otrzymywali później gigantyczne pieniądze za nieokreślone doradztwo czy inne nie wiadomo co. Telefony od dziennikarzy odbierał niekiedy bełkotem ewidentnie wskazującym. Właściwie wszystko, co robi lub mówi Lato, wywołuje ostry sprzeciw lub wściekłość, głęboki niesmak lub odrazę. Maniery ma tak reprezentacyjne, jak reprezentacyjnie wyglądałby dresiarz wpuszczony do opery – nawet jeśli nasz futbol z wyższą kulturą łączy tyle, ile oborę z Wersalem. O kwestiach merytorycznych, związanych z ewentualną chęcią wydźwignięcia dyscypliny z dna, szkoda nawet wspominać.

Choć konkurencję ma prezes PZPN mocną, to nie umiem znaleźć w Polsce – nie w sporcie, gdziekolwiek – innej równie niekompetentnej osoby pełniącej tak prestiżową, publiczną funkcję. Nie umiem znaleźć równie niekompetentnej osoby zarabiającej tak dużo za usługi teoretycznie menedżerskie – a Lato zarazem sprawia wrażenie, jakby sobie odbijał czas PRL-u, w którym odniósł sportowy sukces, ale nie został w swoim odczuciu sprawiedliwie wynagrodzony. Cień pocieszenia znajduję tylko w konstatacji, że o ile przed utratą stanowiska przez Listkiewicza spodziewałem się następcy jeszcze gorszego, to teraz mamy niezachwianą pewność – niżej już funkcja szefa polskiej piłki nie upadnie, po Lacie nic podlejszego już jej nie dotknie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s