Wszyscy święci Hiszpanie

Hiszpania, Euro 2012

Kiedy pomyślimy o Francji, poprzedniej reprezentacji zdolnej zaraz po mistrzostwie świata wziąć mistrzostwo Europy, przed oczami staje nam Zidane. Kiedy pomyślimy o próbującej ją zatrzymać na mundialu w 1998 roku – a po czterech latach już złotej – Brazylii, widzimy sylwetkę Ronaldo. Argentyna, która też dwa razy z rzędu grała w finale, to przede wszystkim pękaty korpus Maradony. Skazana na srebro Holandia ma twarz Cruyffa. U skuteczniejszych od niej Niemców „Cesarzem” został Beckenbauer. Panująca jeszcze wcześniej Brazylia to nade wszystko Pele.

Przeglądam najwspanialsze drużyny narodowe, które demonstrowały moc na więcej niż jednym turnieju, i w każdej znajduję postać wyrastającą ponad inne. Mniej lub bardziej zasłużenie, z zupełnie odmiennych powodów, zawsze z władającą naszą pamięcią siłą ikony.

Hiszpanie płodzą arcydzieła zbiorowe. Jak na grupę niezwyciężoną zaskakująco często wygrywali na swoich złotych mistrzostwach po horrorach, minimalnie, prowokując los. A przetrwanie zawdzięczali całemu tłumowi graczy – czasem pomnikowych, czasem mniej znaczących. Rok 2008: po bezbramkowych 120 minutach z Włochami dwa rzuty karne obronił Iker Casillas; jedyną bramkę w finale z Niemcami wydusił Fernando Torres, wcześniej snajpersko wycofany. Rok 2010: decydujący cios skrzywdzonej przez sędziego Portugalii zadał David Villa; przed sensacyjną wpadką w meczu z Paragwajem znów uchronił potentatów golkiper (też zatrzymał uderzenie z 11 metrów); przepychankę z Niemcami rozstrzygnął po stałym fragmencie gry Carles Puyol; brutalną szarpaninę o złoto rozstrzygnął (dopiero w 116. minucie!) Andrés Iniesta. 2012: walka z Portugalią znów przeciąga się do dogrywki, znów nie padają gole, w serii rzutów karnych sprawy w swoje rękawice bierze bramkarz Realu Madryt. Ładnie ową niespotykaną zespołowość sukcesu podkreśla tytuł króla strzelców dla Torresa, którego przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wskazałby jako kluczowego piłkarza Hiszpanów. A także okrągłe zero trafień zjawiskowego Iniesty, oficjalnie obwołanego głównym bohaterem całego turnieju.

Gdyby przeanalizować wszystkie rundy pucharowe zwycięskich imprez, najwięcej powodów do wypromowania go na ikonę „Czerwonej Furii” dałby chyba właśnie Casillas. Fundamentalne, niewymienione wyżej zasługi miał jeszcze w finale mundialu, jego roli nie sposób zresztą przecenić już dlatego, że aż siedem z dziesięciu wspomnianych meczów Hiszpanie wygrywali w stosunku 1:0 bądź po karnych wieńczących dwugodzinne 0:0. Odosobnione wpadki groziły dużymi tarapatami, niezawodność pozwoliła drużynie nigdy nie sprawdzać, jak to jest odrabiać straty. Przypomnijmy jeszcze raz – przez 990 minut przywoływanych gier hiszpańska bramka była nietykalna, nie zdobył jej nikt.

Casillas do rangi symbolu chyba jednak nie urośnie. Po pierwsze, głównym wątkiem w twórczości mistrzów pozostaje tiki-taka, w której on nie uczestniczy. Po drugie, styl reprezentacja pożyczyła od Barcelony, tymczasem wyniesienie ponad wszystkich „świętego Ikera” byłoby wyświęceniem królewskiej bieli Realu, nierealnym także ze względu na delikatność spraw związanych z El Clásico. Po trzecie, przesadne podkreślanie wyczynów bramkarza dla sporej części fanów oznacza umniejszanie klasy całej drużyny.

Idol madrycki i tak ma ogromną szansę, by na historii futbolu odcisnąć piętno najwyraźniejsze. Jego partnerzy z pola raczej nie zagrożą legendom Maradony i Pelego ani nie zdystansują w plebiscytach Złotej Piłki współczesnego sobie Leo Messiego, tymczasem Casillas jako bramkarz wchodzący ledwie w wiek średni mknie ku tytułowi najwybitniejszego gracza na swojej pozycji w historii. Mistrz świata, dwukrotny mistrz Europy, dwukrotny triumfator Ligi Mistrzów, pięciokrotny mistrz Hiszpanii, rekordowe 137 występów w reprezentacji kraju, jeszcze nie rekordowe (kwestia czasu) 625 występów w klubie, jeszcze nie rekordowe (kwestia czasu) 124 występy w Champions League. Jeśli dodamy, że Casillas nigdy nie choruje, nie łamie kości ani nie naciąga mięśni, to trudno wyłowić z przeszłości lub teraźniejszości konkurenta, którego nie przyćmi.

W niedzielę wreszcie mógł sobie pozwolić (nie pozwolił sobie) na luksus dekoncentracji, bowiem hiszpańscy artyści wreszcie stworzyli swoje opus magnum. Dotąd wywoływali wrażenie raczej całokształtem, teraz umiemy wskazać w ich dorobku naczelne arcydzieło, na miarę mundialowego finału z 1970 roku, w którym uznawani za reprezentacyjną drużynę wszech czasów Brazylijczycy też zatłukli czterema golami Włochów.

Ale oni wówczas jednego stracili. Dopiero Hiszpania w masowej hodowli perfekcyjnych graczy osiągnęła taką wydajność, że Pelego wstawiła nawet między słupki.

HIszpania, Euro 2012

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s