Borussia, rękodzieło Kloppa

Jurgen Klopp, Borussia Dortmund

Polakom z mistrzowskiego Dortmundu, który zmierzy się dziś w Monachium z Bayernem, niesłychanie się w życiu poszczęściło. Spadł im z nieba i dostrzegł ich talent Jürgen Klopp, być może najjaśniejsza ze wschodzących trenerskich gwiazd ostatnich lat.

W grę wkłada nie mniej energii niż piłkarze, przy linii bocznej wiruje rozszalały od pierwszego do ostatniego gwizdka.

Gola Ivana Persicia fetował w tak gwałtownym sprincie, że naderwał mięsień. Po zwycięstwie nad Köln odniesionym w doliczonym czasie roztańczył się na krzesełkach tak nieprzytomnie, że zapłacił grzywnę. Sędziego technicznego we Frankfurcie przekonywał do swoich racji tak sugestywnie, że główny wyrzucił go na trybuny. Klopp przyznał mu potem rację, ale czuł się ukarany za nieświadomie agresywną mimikę. – Nie obraziłem arbitra, poinformowałem tylko o przeoczonym faulu. Jeśli można przeprosić za swój wyraz twarzy, to przepraszam – tłumaczył. Innego arbitra próbował zaatakować głową. Zreflektował się w ostatniej chwili, uderzył go jedynie brzegiem bejsbolowej czapeczki. – Jestem idiotą – zrecenzował samego siebie na konferencji.

Nie wiadomo, czy wszystkie eksplozje ekspresji wynikają z jego naturalnej spontaniczności i pasji, bo niemiecki trener spełnia się też jako showman. Kiedy wydobył Mainz z drugiej ligi, by natychmiast po awansie wypchnąć je jeszcze wyżej, do europejskich pucharów, na eksperta wzięły go telewizje. Najpierw publiczna ZDF, potem komercyjny RTL. Komentował MŚ w 2006 r., Euro 2008, MŚ 2010, za swoje popisy był nagradzany. Kompetencja, elokwencja, chłopięcy urok – miał Klopp wszystko, by zostać gwiazdą ekranu.

Zwłaszcza że wygłaszane opinie uwiarygadniał własną karierą. W przeciwieństwie do wielu wygadanych trenerów – zjawisko powszechne i w Polsce – którzy krążą od stacji do stacji, by oceniać pracę kolegów, ale sami umieją mniej niż oceniani.

Klopp może sobie pozwolić na wiele i nie zabrzmi śmiesznie, wspiął się bowiem na szczyt w sposób w najbogatszych ligach już niemal niespotykany. Dziś panują albo renomowane firmy, w których drużynę zasila wydajny moloch marketingowy, albo kluby dorobkiewicze, którym spadli z nieba rozrzutni do obłędu właściciele zagraniczni. I jeden przypadek osobny, czyli fantastycznie edukująca piłkarzy Barcelona. Dortmundzka drużyna nie przystaje do żadnej z podanych kategorii, jest nade wszystko dziełem wyrzeźbionym własnymi rękami przez trenera, i to wyrzeźbionym w skandalicznie tanim na tym poziomie materiale.

Całkiem autorskie projekty w nowoczesnym futbolu – przynajmniej w czołówce – nie istnieją, ale jeśli komuś udało się zbliżyć do ideału, to właśnie Borussii. Nawet Josep Guardiola, choć rozpoczął karierę trenerską fenomenalnie, polegał również na wieloletniej strategii i filozofii klubu z Camp Nou. Klopp zastał latem 2008 roku w Dortmundzie pustkę – piłkarze zajęli właśnie 13. miejsce w Bundeslidze, stracili najwięcej goli w stawce, sezon wcześniej poczuli wręcz zagrożenie degradacją.

Ożywiał potęgę transferami z okolic co najmniej podejrzanych. Jak boiska polskie, z których niemieckie kluby całkiem przestały importować, choć przez dekady importowały w ilościach hurtowych.

Napastnika przyzwoitej europejskiej klasy nie wychowaliśmy od czasów Krzysztofa Warzychy, ale Klopp wziął Roberta Lewandowskiego. Łukasza Piszczka wyciągnął z beznadziei upadłej do drugiej ligi Herthy. Shinjiego Kagawę wyłowił z drugiej ligi japońskiej. Odzyskiwał wypędzonych pochopnie wychowanków – jak np. Kevina Großkreutza kopiącego w prowincjonalnym Rot Weiss Ahlen.

Gdyby potraktować piłkarzy jak papiery wartościowe i odpalać Kloppowi prowizję od ich rosnącej wartości, urósłby do fenomenalnie efektywnego inwestora. Kagawę kupił za 350 tys. euro, by sprzedać Manchesterowi Utd za 20 mln. Lewandowski kosztował 4 mln, dziś klub żąda za niego – i nie przesadza – co najmniej 25 mln. Wychowanego w klubie Maria Götze wycenia się na co najmniej 30 mln. Jeśli ktokolwiek zdoła wyrwać z Dortmundu Matsa Hummelsa, podebranego z akademii Bayernu za skromne 4 mln, uczyni go niemal na pewno jednym z najdroższych stoperów w historii.

Wszyscy spotężnieli już do gwiazd, ale kiedy patrzymy na Borussię, najpierw nie rzuca się nam w oczy detal, czyli pojedynczy piłkarze, lecz plan ogólny, czyli grupa. Zsynchronizowana, rozwijająca akcje w wariackim tempie, podporządkowana mottu: „Wiem, co zrobię z piłką, zanim ją przyjmę”. Do Barcelony porównywana – to dziś szczytowy i dyżurny zarazem komplement – niesłusznie, skoro natarć nie wydłuża, woli strzelić gola wcześniej niż później. Nasz Piszczek doskonale spełnia oczekiwania szefa, ponieważ nigdy nie traci tchu. Umie wytrzymać tempo gry i nacisk na rywala wymagane przez trenera, który wielonogą maszynerię napędza osobliwymi wynalazkami – a to poprawiającymi koordynację zajęciami „Life-Kinetik” (Klopp: „Pozornie niemające nic wspólnego z futbolem, w istocie poprawiające komunikację między mózgiem a ciałem”), a to ćwiczeniami w klatce zwanej Footbonaut (wystrzeliwuje piłki z różnych stron, gracz ma możliwie prędko kopać je w jeden z 72 paneli wyróżniony sygnałem świetlnym). Im szybciej dortmundczycy nauczą się reagować, tym trudniej będzie zapanować nad ich manewrami rywalom.

Manewrami w możliwie najpełniejszym tego słowa znaczeniu zbiorowymi. Mistrzowie Bundesligi przystają każdego lata na odejście maksymalnie jednego gracza nie z obawy o utratę jego indywidualnej klasy, ale awarię systemu. Gdy spoglądamy na Lewandowskiego, również bardziej niż snajpera podziwiamy w nim atletę stanowiącego punkt ciężkości całej gry ofensywnej Borussii. I korzystającego, podobnie jak jego partnerzy, z bezcennego w futbolu efektu synergii – kiedy działają razem, produkują moc większą, niż wskazywałaby na to prosta suma ich umiejętności.

Szef składa ich w schemat, ale nie odczłowiecza. Często demonstruje emocje, wpada podwładnym w ramiona, z każdym stara się wejść w osobistą relację. – Możesz mu powiedzieć o wszystkim, umie słuchać. Inaczej rozmawia z nastolatkiem, a inaczej ze mną – mówił magazynowi „Stern” 32-letni bramkarz Roman Weidenfeller. I dodał, że jego trener nie znosi zbyt dużego wpływu na piłkarza jego agenta i innych doradców przeszkadzających mu w budowie intymnego kontaktu.

Ponieważ Klopp silnie oddziałuje charyzmą i skupia się wyłącznie na pozytywach – szuka ich w każdym zdarzeniu, także niepomyślnym – długo uchodził głównie za nieprzeciętnego motywatora. Dopiero z czasem dostrzeżono ów efekt synergii, którego jest źródłem (dyrektor sportowy Michael Zorc nazywa pozyskanie trenera „transferem życia”). I który może mieć znaczenie dla karier piłkarzy Borussii po ewentualnej zmianie barw. Nuri Şahin uciekał z Dortmundu w glorii najlepszego piłkarza Bundesligi. W Realu Madryt zginął w rezerwie, teraz próbuje wrócić między żywych na wypożyczeniu w Liverpoolu. Na transferze zyskała tylko Borussia, która sprzedała wychowanka za 10 mln euro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s