Wielka tajemnica Hiszpanii

W finale Pucharu Konfederacji, o którym zamierzam blogować w niedzielę wielogodzinnie, przeszłość zderzy się z teraźniejszością. Brazylia przez dekady była w świecie futbolu punktem odniesienia – najczęściej podbijała mundial, wychowywała najwięcej gwiazd, eksportowała najwięcej wyśmienicie wytrenowanych zawodowców. Aż nadeszli Hiszpanie.

Ich imperium stale się rozrasta. I w poziomie – ci, których odrzucą Barcelona z Realem, kolonizują ligę angielską. I w pionie – rządzą w każdej kategorii wiekowej. Obronili złoto mistrzostw Europy seniorzy, obronili to samo złoto kilkanaście dni temu 21-latkowie, obronili je 19-latkowie. Mundial 20-latków jeszcze trwa, ale i tam reprezentacja panująca zdaje się nie mieć konkurencji. Można pomyśleć, że nikt inny nie umie już szkolić piłkarzy. Ba, młodzi Hiszpanie znęcają się nad rywalami nawet okrutniej niż dorośli.

Ci ostatni pozostają niepokonani od 29 meczów o stawkę, co jest oczywiście rekordem wszech czasów. A istnieje statystyka jeszcze bardziej zniewalająca – Hiszpanie mieli ledwie dwie wpadki w 59 ostatnich spotkaniach o stawkę. Tak nieznaczne, że niemal niezauważalne. W półfinale poprzedniego Pucharu Konfederacji i na inaugurację zwycięskich MŚ.

Gdyby wejrzeć wyłącznie w gołe statystyki, byłaby uprawiana przez Hiszpanów tiki-taka nade wszystko wyrafinowaną sztuką defensywy. Nie stracili gola w czwartkowym półfinale Pucharu Konfederacji (wydłużonym o dogrywkę), nie stracili w rundach pucharowych Euro 2012, mundialu 2010 i Euro 2008. Kiedy rywalizacja wchodzi w rozstrzygającą fazę, ich bramka pozostaje nietknięta. I tak już przez 1110 minut gry. 18 godzin z okładem. Hiszpania, Serena Williams futbolu.

Jeśli jednak wyłowimy z pamięci obrazy, okaże się, że opowieść o absolutnej hegemonii tworzy mnóstwo rozdziałów o balansowaniu na krawędzi. W czwartek faworyci chętnie zapraszali Włochów pod bramkę, zezwolili im na kanonadę, wystarczyłoby jedno pudło w rzutach karnych, by przegrali. W półfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy pogrozili Portugalczykom dopiero w dogrywce, ale do finału też przecisnęli się dzięki karnym. W krwawej, trudnej do zniesienia bijatyce o złoto mundialu od karnych dzieliło ich mgnienie oka – Andrés Iniesta przerwał klincz w 117. minucie. W ćwierćfinale tamtego turnieju odetchnęli dwukrotnie – zanim wydłubali jedynego gola, Paragwajczycy strzelili swojego z minimalnego spalonego, a potem spudłowali z „jedenastki”. Mecz 1/8 finału z Portugalią? Rozstrzygnięty pojedynczą akcją. Wreszcie w bezbramkowym ćwierćfinale Euro 2008 na boisku długo panował bezruch, lepszego także musiały wyłonić rzuty karne…

Żaden z podanych epizodów nie zostawiał wrażenia, że Hiszpanie wynaleźli styl gry niezawodny, niemal gwarantujący zwyciężanie seryjne. Kiedy Vicente del Bosque wystawia dwóch defensywnych pomocników, to solidnie zabezpiecza tyły, ale zarazem wyrzyna z drużyny idee ofensywne – zwłaszcza przy trzymaniu z dala od murawy wszystkich skrzydłowych. Teoretycznie wieczne utrzymywanie się przy piłce powinno być perfekcyjną strategią obronną, przeciwnik gołymi nogami nie zaatakuje. Jak jednak ma być perfekcyjną, skoro na zbliżeniu widać, że nie jest? Skoro pokiereszowani kontuzjami Włosi fruwali w czwartek, gdzie chcieli?

Im pewnie najłatwiej pojąć, na czym polega sekret Hiszpanii. To wszak oni wraz z Niemcami przez dziesięciolecia zgarniali medale niemal zawsze i wszędzie, posiedli bowiem umiejętność w sporcie bezcenną, acz nieuchwytną – umiejętność wygrywania. Wygrywania niezależnie od okoliczności, demonstrowanej formy, jakości aktualnego pokolenia piłkarzy.

Hiszpanie nie czują się już jak petenci, wszędzie wchodzą razem z drzwiami. Nawet ci drugoplanowi. W czwartek w rezerwie grzecznie przycupnęli Javi Martínez, który triumfował z Bayernem w ostatniej Lidze Mistrzów, oraz Juan Mata, który triumfował z Chelsea w poprzedniej. A „jedenastki” wszyscy wykonywali tak, jakby odbierali, co im należne. Buffon chyba ani razu nie musnął piłki, choć dostał aż siedem prób – to nie zdarza się często nawet słabszym bramkarzom.

Przez hiszpańskie głowy przeszło tsunami. Notoryczni przegrywacze przepoczwarzyli się w wyczynowych wygrywaczy. Nową dla siebie mentalność stale rozwijają, już juniorzy wychodzą na boiska z przeświadczeniem, futbol wymyślono dla nich. Spójrzcie na projekt ich aktualnych koszulek. Na te schodzące się na klacie złote pasy. Wystarczy tylko dowiesić medale.

Jesus Navas, Fot. Eugene Hoshiko/AP

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s