Brazylia – Hiszpania na żywo

Zapewne mieliście swoje sympatie i antypatie, ale zgodzicie się, że naturalny porządek rzeczy wymagał właśnie takiego finału Pucharu Konfederacji. Starcia potęg skazanych na złoto przyszłorocznego mundialu – „Canarinhos” muszą je zdobyć, bo zapraszają na turniej do siebie i chcą wreszcie przegnać prześladujące ich zmory z MŚ 1950 roku, a Hiszpanie muszą je zdobyć, by ostatecznie udowodnić, że stworzyli najznakomitszą reprezentacyjną drużynę narodową. Nie ma alternatywy, elementarna przyzwoitość wymaga, by poblogować dziś wielogodzinnie. Oni zaczynają o północy, ja zaczynam teraz, skończymy mniej więcej równocześnie.

17.45. Scena na widowisko też dobrana idealnie, zagrają finaliści w mitycznej świątyni, europejscy piłkarze przed wylotem opowiadali o perspektywie występu na Maracanie, jakby ruszali w podróż do nieba. „Kiedy przyjeżdżali tu co słabsi, rozglądali się z rozdziawionymi ustami, a kiedy spojrzeli na trawę, my prowadziliśmy już 3:0” – wspominają dawne dzieje Brazylijczycy. To jednak także miejsce przeklęte, bo wzniesione specjalnie na tamten pierwszy powojenny mundial, dla nich traumatyczny – stadion ukończono zresztą dopiero w 1965 roku, wcześniej kibice musieli wytrzymywać bez toalet i znosić, także podczas mistrzostw, mnóstwo innych niedoróbek. Rozmiarami zasłonił największy na świecie glasgowiański/glasgowski Hampden Park, oficjalny rekord frekwencyjny padł w 1969 roku – 183 341 ludzi kupiło bilety na mecz z Paragwajem – ale według wielu źródeł przegrany finał MŚ z Urugwajem (w istocie nie był nawet finałem) oglądało ponad 200 tys. kibiców. Siedmiu popełniło potem samobójstwo.

18.17. Bukmacherzy typują zwycięstwo Brazylii. Ożywionej, z pasją rzucającej się na przeciwnika ułamek sekundy po gwizdku, rozognionej świadomością, że odzyskała zaufanie kibiców, co namiętnie podkreśla trener Luiz Felipe Scolari. Ja jej sile nie dowierzam, zwłaszcza że hiszpańska truchtanina – w ostatnich tygodniach zerkam na nią w różnych kategoriach wiekowych – wywołuje we mnie głównie bezradną rezygnację, rywalom mistrzów zwyczajnie współczuję, dziś zdaje mi się, że wiarę w hiszpańską porażkę straciłem bezpowrotnie. Owszem, widzę piłkarzy Vicente del Bosque podczas Pucharu Konfederacji jakichś śniętych, słyszę też, jak stękają, że w brazylijskim klimacie „każdy krok wywołuje ból”, że odnoszą wrażenie, iż ich „stopy płoną”. Ale nie umiem sobie wyobrazić, że w finale dają ciała.

18.22. Prawdopodobne składy. Brazylia: Julio Cesar – Marcelo, Thiago Silva, David Luiz, Dani Alves – Luiz Gustavo, Paulinho – Hulk, Neymar, Oscar – Fred. Hiszpania: Iker Casillas – Jordi Alba, Gerard Piqué, Sergio Ramos, Alvaro Arbeloa – Sergio Busquets, Xavi Hernández Andrés Iniesta; Pedro Rodriguez, Roberto Soldado, Cesc Fabregas.

18.40. Zakalcowato wyglądają w tym zestawieniu nazwiska napastników, Fred i Soldado mają znikomą renomę międzynarodową nie tylko z punktu widzenia standardów brazylijskich czy aktualnych bogactw kadrowych Hiszpanii. Jeśli jednak rozejrzymy się po centrach ataku, to okaże się, że większość najgroźniejszych dziś drapieżców – za siedmiu wspaniałych uważam Messiego, Falcao, Cavaniego, Ibrahimovicia, Suareza, Lewandowskiego, van Persiego – pochodzi z krain bez szans na złoto mundialu.

18.59. Osobliwie prezentuje się też kanarkowa defensywa, w której dążącego ku perfekcji (choć nie w półfinale) Thiago Silvę otaczają postrzeleni, mentalnie przebywający głównie pod przeciwną bramką Dani Alves, David Luiz i Marcelo. Pomyślcie – gdybyśmy przesunęli ten egzotyczny tercet za plecy napastnika, to oni by się nie oburzali, że kazaliśmy im wyjść z siebie, ani nikomu z boisku nie strzeliłoby do łba, że wyjęliśmy rekiny z oceanu i rzuciliśmy na brzeg. Rozszarpaliby niejedne zasieki… Lubię to, nikt nie trzyma tyle szaleństwa we własnym polem karny.

19.27. Z premedytacją milczę o Hiszpanach, oni gadają bez przerwy – i w igrzyskach klubowych, i reprezentacyjnych – cały czas wypychają na murawy te same twarze, dlatego Xavi uzbierał już 125 występów dla kraju, Sergio Ramos – 107, a Iker Casillas, ten już zupełnie stracił umiar, wręcz 147 meczów. I nawet jeśli ten pierwszy dłużej niż do mundialu 2014 nie potupta, to następni najpewniej dokopią się do rekordów świata. Obrońca Realu skończył skromne 27 lat, madrycki bramkarz z racji swego fachu ma szansę starzeć bez końca, a jedyny, który mógłby go uziemić, pewien znany portugalski trener, mistrzowskiej kadry nie dotknie, to pewne, odkąd został zdemaskowany jako najbardziej toksyczny szkodnik w dziejach hiszpańskiej piłki. Nie dowierzacie w te nieuchronne statystyczne szczyty? To wejrzyjcie tu.

19.56. Wędrówki po brazylijskiej ekipie ciąg dalszy: zirytowany słucham, jak się znawcy natrząsają, że niegdysiejsze odrzucenie przez ŁKS defensywnego pomocnika Paulinho, dziś regularnie wystawianego w podstawowej jedenastce „Canarinhos”, ma być dowodem, że nasi nie rozpoznają talentu, nawet kiedy talent kopnie ich w tyłek. Skoro Paulinho zniżył się do wejścia na polskie trawy, to znaczy, że ślepi byli również jego rodacy, ktoś go przecież tutaj zesłał.

Psiakrew, Włosi z Urugwajem uparli się na dogrywkę, a siatkarze zaraz wychodzą stłuc Argentynę…

20.01. Wolne Pirlo, Neymara, Diamantiego, Cavaniego, perfekcyjne karne Hiszpanów i prawie perfekcyjne Włochów… Parada kopnięć nieruchomej piłki zrobiła się nam z tego Pucharu Konfederacji.

20.21. Czytam, że Przed finałem Carlos Alberto Parreira wręczył trenerowi Scolariemu przygotowaną przez siebie analizę sposobów gry Barcelony i Bayernu. Miałaby się Brazylia wzorować na monachijczykach, którzy rozgnietli tiki-takę w półfinale Ligi Mistrzów? 

21.02. Buffona cholernie lubię, ale aż tak mi rozumu nie odebrało, żebym wmawiał, że on przed chwilą obronił te trzy karne ­– Urugwajczycy zbierali się kopów, jakby chcieli przed panem sławnym bramkarzem uklęknąć.

Włosi zatem z brązem, nasi siatkarze nadal ledwie odrywają się od parkietu, a ja się uparłem, by przedstawić wam „Canarinhos” w najnowszym wydaniu jako galerię typów niezwyczajnych. Na prawej flance hasa niejaki Hulk, być może jedyny tak rozłożysty masyw mięśniowy wśród brazylijskich skrzydłowych, na pierwszy rzut oka nadałby się raczej na jednego z osiłków, którzy ochraniają zamieszkiwane przez piłkarzy hotele. Kiedy jednak w półfinale ustąpił on miejsca Bernardowi, od stóp do głów krótkiemu na 164 cm, biegająca za Fredem ofensywna trójka – pozostali to Oscar i Neymar – pochudła do wagi koguciej. Katalońscy rozgrywający pierwszy raz spotka stadko lżejszych od siebie?

21.41. Czego potrzeba, by zostać najbardziej utytułowanym treserem w futbolu, pod którym nikt nie poiwerzga? Jeśli wierzyć w opowiastki o Del Bosque, wystarczy być człowiekiem przyzwoitym, kulturalnym, opanowanym, chętnie siadającym z tyłu. Nie intrygowałby mnie on jako multimedalista z Hiszpanią, intryguje mnie jako podwójny triumfator Ligi Mistrzów w Realu – pomyślcie, ilu trenerów próbowało w Madrycie po nim, policzcie, ilu wybitnych graczy kupił Madryt po 2002 roku. A jednak już się ponownie nie udało…

Pewnie słyszeliście pojękiwania Bixente Lizarazu, że w stylu gry przeładowanej środkowymi pomocnikami drużynie mistrzów świata „jest za dużo miłości, a za mało seksu”, może czytaliście, jak Włosi przed finałem Euro 2012 pisali złośliwie o „taktycznej masturbacji”. A ja bym chciał, żeby Del Bosque rzucił kiedyś na boisko 10 środkowych pomocników – przeszedłby do historii na czele klasyfikacji medalowych, ale również jako rewolucjonista;-)

21.59. Na pierwszy rzut oka Neymar wygląda na mentalnie obcego Barcelonie, ale… Znalezisko z Twittera: „Neymar has been directly involved with 38 goals in his 38 appearances for Brazil”. Imponujące cyferki, trzeba przyznać. Messi rozkręcał się reprezentacyjnie trochę wolniej.

22.36. Uff, polskim siatkarzom odrosły skrzydła, znów oblecieli Argentynę, tym razem za całe trzy punkty.

Wczoraj brazylijski trener wezwał ponoć na długą naradę Daniego Alvesa i Marcelo, którzy oddychają Barceloną i Realem na co dzień. No to trener hiszpański przywalił, jak wieść nieoficjalna niesie, temu pierwszemu Juanem Matą z Chelsea. Nie pamiętam, żeby między mundialami i Euro aż tak skręcało mnie z ciekawości przed meczem międzypaństwowym…

22.56. W Rio de Janeiro rozpoczęła się ceremonia zakończenia Pucharu Konfederacji. Jej koszt: 3 mln euro. Ilu ludzi protestuje dziś wokół stadionem, nie wiem. Zapowiadali 120 tys., dlatego FIFA poprosiła finalistów, by przyjechali na mecz kilkadziesiąt minut wcześniej niż zwykle.

23.40. Hiszpanie mają szansę nie przegrać 30. kolejnego meczu o punkty. Już teraz trzymają rekord świata, poprawili niedawno osiągnięcie Francji, która w latach 1994-1999 wytrwała bez skazy przez 27 spotkań. Spektakularnych, wielobramkowych popisów w szlagierowych momentach nie dają – blogowałem o ich dłubaninie w fazach pucharowych MŚ i ME, podobnie przebiegają eliminacje, w tych poprzedzających mundial 2014 z jedynym mocnym rywalem (akurat Francją) zagrali z nią na 1:1 oraz 1:0. Tamten niesamowity, kijowski finał, w którym rozgnietli Włochów, był rarytasem. Czy dziś znów sprawią, że osłupiejemy? Wątpię. Bardziej liczyłbym na odlot Brazylijczyków, choćby chwilowy, który jednak zdestabilizuje sytuację na boisko. Ale nimi steruje Scolari, mistrzostwo świata zdobywał jako lodowaty pragmatyk…

23.48. Składy już oficjalne. Brazylia: Cesar, Dani Alves, Thiago Silva, Luiz, Marcelo, Neymar, Oscar, Luis Gustavo, Paulinho, Hulk, Fred. Hiszpania: Casillas, Pique, Ramos, Arbeloa, Alba, Iniesta, Xavi, Busquets, Torres, Pedro, Mata.

23.53. A tutaj zobaczcie, ile oni się już nagrali w tym sezonie.

23.59. Wszyscy z niego drwią, że niby snajperski patałach nad patałachami, a przecież to on ma skłonność, by rozstrzygać mecze jak dzisiejszy: Fernando Torres.

Piłka poszła w ruch.

00.03. Fred, 1:0 dla Brazylii. Trzęsienia murawy w pierwszych sekundach ta Hiszpania jeszcze nie przeżyła. Piękniej zacząć się nie mogło.

00.46. Gdyby nie żywa tarcza David Luiz (on ten fenomenalny pad, którym ocalił Brazylię, wykonał w 76. meczu w sezonie!), byłby remis. A jest 2:0 dla gospodarzy. Niesamowity finał. 45 minut do pierwszego od 2007 roku bez trofeum dla tiki-taki. 45 minut do nagrody dla gwiazdy turnieju Neymara.

00.57. Tak sobie wszyscy czekali, czy del Bosque jako jedyny po wojnie trener wygra dwa mundiale, a przecież to samo może za rok osiągnąć Scolari. Ciekawe, czy kanarkowi wytrzymają to obłędne tempo. Jeśli wytrzymają, to mogą paru katalońskim chłopakom zrobić Bayern. Byle się działo.

01.04. Fred walnął trzeciego. Wygląda na to, że Brazylijczycy naprawdę chcą zamknąć trumnę, do której wkopały Hiszpanów Bayern z Borussią. Ciekawe, czy iberyjska prasa wpadnie w histerię.

01.07. Firma Opta wyćwierkała: „The last time that Spain lost a competitive game by three or more goals was back in April 1985 – 0-3 vs Wales”.

01.26. A może Hiszpanie przesadzają z tą zespołowością? Ostatnie siedem rzutów karnych wykonywało sześciu ludzi (Xabi Alonso, Villa, Soldado, Fabregas, Torres, dziś Ramos). Spartolili cztery.

01.52. Kiedy już tiki-taka się stoczyła, to naprawdę wyrżnęła o dno. 0:4 i 0:3 z Bayernem, 0:3 z Brazylią. Oni chyba zaraz dojdą w tej Hiszpanii do wniosku, że wcale nie wprawili w ruch perpetuum mobile, że doskonale nieudoskonalane niszczeje. A mają furę pojętnych, fantastycznie wytrenowanych ludzi. Intrygująca będzie najbliższa przyszłość Barcelony i Hiszpanii.

Brazylię ewidentnie dotknął wytrawny trener, Brazylia wraca do gry, choć piłkarzy miewała już znakomitszych. Nie chcecie zasnąć, to wyobraźcie sobie mundial – „Canarinhos” pod potworną presją, poranieni Hiszpanie, Argentyna z Messim, Niemcy pragnące być Bayernem pomnożonym przez Borussię. Bez wahania kliknąłbym, żeby zaczęło się już.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s