Czy Mourinho stać na więcej

Wokół angielskich muraw wreszcie zapanowała równość. Sir Alex Ferguson abdykował, Manchesteru United nie uprzywilejowuje już posiadanie brytyjskiego trenera wszech czasów, w walce z którym rywale byli w sytuacji beznadziejnej jak w starciu z siłami natury – im bardziej oparli się w pojedynczym sezonie, tym potężniejsza fala spadała na nich w następnym. Obrońcy tytułu to znów klub jak każdy, choć oczywiście nie możemy wykluczyć, że Fergusonowy duch będzie po Old Trafford krążył, że niektórzy sentymentalni sędziowie wydłużą doliczony czas do kwadransa, że piłkarze odruchowo stracą gola jako pierwsi, by rzucić się w efektowny pościg za zwycięstwem, najchętniej kończony grubo po 90. minucie. W końcu po klęsce żywiołowej życie też nie wraca do normy z dnia na dzień.

Przez czołówkę w ogóle przeszła zawierucha, po raz pierwszy w historii trenerów wymieniły wszystkie kluby z podium poprzedniego sezonu, ale pogodę w startującej jutro Premier League diabelnie trudno przewidywać przede wszystkim dlatego, że brakuje nam mnóstwa kluczowych, jak się zdaje, zmiennych.

Czy Gareth Bale, Wayne Rooney oraz Luis Suárez zmienią kluby? A jeśli tak, to zmienią je na zagraniczne czy angielskie? Wywołają lawinę transferów na szczytach? Jakich? Czy może jednak zostaną? A jeśli zostaną, to zatrują w powietrze w szatniach czy wzniosą się na wyżyny profesjonalizmu? Do 2 września, czyli zamknięcia okna transferowego, układ sił może się gwałtownie zmienić, zwłaszcza że bogatych wciąż parzą pieniądze, których chcieliby się pozbyć – to niesłychane, ale Arsenal nadal, w przededniu startu rozgrywek, nie wydał na zakupy ani eurocenta, natomiast Manchester Utd zdołał upłynnić drobne 1,54 mln funtów na Guillermo Varelę.

Do osławionej nieporadności transferowej Arsenalu przywykliśmy, więc raczej mało kto osłupiał, gdy londyńczycy w licytacji o Gonzalo Higuaína ulegli Napoli, a następnie, kiedy zasadzili się na Luiza Gustavo, ten uległ wdziękowi Wolfsburga. Niewykluczone, że do hurtowych zakupów znów, jak w minionym sezonie, rzucą się pięć minut przed zamknięciem sklepów. Inaczej z MU. Mistrzowie Anglii od wielu tygodni szukają środkowego pomocnika, ale nie dorwali ani Thiago Alcântary (poszedł za wujkiem Guardiolą, to był prawie rodzinny interes, jego agentem jest brat nowego trenera Bayernu), ani Marouane’a Fellainiego (klauzula wykupu z Evertonu straciła już ważność), ani Luki Modricia (choć tłum w środku pola Realu Madryt jeszcze zgęstniał), ani Cesca Fàbregasa (wciąż napierają na Barcelonę). I jeśli dysponują jeszcze inną opcją, skrzętnie to ukrywają. Sam umiałbym sobie wyobrazić rozwiązującą kłopot roszadę wewnętrzną – Rooneya już teraz wysyłamy tam, gdzie miał się przenieść za kilka lat, czyli bliżej linii środkowej. Co oczywiście podaję wyłącznie jako jałowe ćwiczenie intelektualne. Naburmuszony Anglik to generalnie typ narowisty, nawet zanim zapragnął rozstania z MU, operacja wymagałaby wybitnych zdolności perswazyjnych, tymczasem trener David Moyes zdążył już urazić jego miłość własną, publicznie ogłaszając, że widzi w napastniku ledwie opcję zapasową, niezbędną w razie kontuzji Robina van Persiego.

Arsenal, Liverpool, Manchester United, Tottenham. Cztery szatnie, które nawet kilkanaście dni po rozpoczęciu sezonu będą narażone na gwałtowne wstrząsy kadrowe. Przewaga Chelsea i Manchesteru City polega choćby na tym, że zaplanowane interesy ubiły przed tygodniami. I w przededniu sezonu u nich bezwietrznie.

Kiedy przeglądam kadry, głównego kandydata do mistrzostwa mam ochotę dostrzec w aktualnych wicemistrzach (a narodziny globalnej gwiazdy w moim ulubionym Stevanie Joveticiu, choć to drugie z drżeniem serca). I właściciele, i piłkarze Manchesteru City marzą jednak zapewne przede wszystkim o ładnym popisie w Lidze Mistrzów, w której jeszcze nie dożyli wiosny. Co więcej, wynajęli kompetentnego specjalistę od europejskich pucharów – kiedy Manuel Pellegrini Villarreal dociągał do półfinału a Málagę do ćwierćfinału LM, nie tylko radził sobie pomimo ograniczonych możliwości finansowych, ale jeszcze pracował z debiutantami w rozgrywkach. Żaden inny trener z debiutantami w Champions League takich wyników nie miał, po narwanym, niepoukładanym Roberto Mancinim drużynę City przejmuje fachowiec bardziej jajogłowy, umiejący drobiazgowo zaprojektować pojedyncze arcyważne mecze. Że nie zdołał zapanować nad Realem Madryt? A kto, przepraszam, zdołał?

Jeśli zebrać wszystkie okoliczności – City mierzy w Ligę Mistrzów, Pellegrini dopiero uczy się Anglii, inni potentaci niepewnie wyglądają jutra – na naturalnego faworyta wyrasta Chelsea. José Mourinho to trener najmniej nowy. I teoretycznie dający największe gwarancje sukcesu, jego „najgorszy sezon w karierze” składał się z półfinału LM oraz wicemistrzostwa Hiszpanii. Ligę angielską już poznał, ba, pokochał ją z wzajemnością i dwukrotnie wygrywał. Zna Stamford Bridge, zna wielu grających tam piłkarzy (też kocha ich z wzajemnością), zna uroki pracy pod Romanem Abramowiczem. Ma też powody zakładać, że rosyjski właściciel klubu nieco się uspokoił, odkąd dotknął obsesyjnie pożądanego Pucharu Europy. Bez wątpienia odetchnął po madryckiej wojnie na wyniszczenie, choć po jego rozstaniu z Realem zastanawiałem się, czy nie powinien wyciszyć się na wakacjach, jak Guardiola.

Mourinho zabezpiecza się, mówi, że szefuje dzieciakom. Przesadza. Jeśli przyjąć kryterium wieku, jego drużyna rozpaławia się na doświadczonych graczy obronnych – od Cecha, przez Ivanovicia, Terry’ego, Cahilla i Cole’a, po ustawionych przed tymi ostatnimi Essiena lub Lamparda – oraz miejscami nieprzyzwoicie młodą bandę ofensywną – od tercetu belgijskiego po Oscara, Matę, Schürrle czy van Ginkela. Proporcje zdaje się właściwe, różnorodność talentu niezmierzona. Osobiście bardzo liczę, że atakiem zawładnie Romelu Lukaku, za którym oglądam się od wielu lat. Gdyby stał się nowym wcieleniem swego idola z czasów chłopięcych Didiera Drogby, być może w niejednym meczu odbylibyśmy podróż do przeszłości – znów podziwiali jedenastkę opartą na osi złożonej z muskularnego środkowego napastnika o afrykańskich korzeniach, snajperskiego klubowego rekordzisty Franka Lamparda oraz kapitana Johna Terry’ego. Dla mnie to było najbardziej wyraziste trio ligi angielskiej początków XXI wieku. I współtworzące drużynę – tamtą długo niespełnioną w Lidze Mistrzów – którą za dekadę czy dwie prawdopodobnie będę pamiętał lepiej niż jakąkolwiek inną z tego okresu.

Cholernie ciekawe, czy Mourinho w drugiej próbie będzie stać na więcej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s