Będzie (L)iga Mistrzów?

Półtorej lub dwie godziny cierpienia dzielą od Champions League Legię Warszawa, która idzie do celu inaczej niż wszyscy.

Jeśli legioniści zagrają na 0:0, które da im awans (1:1 też może dać), zostaną uczestnikiem najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych absolutnie unikalnym. Nikt dotąd nie wprosił się do Ligi Mistrzów czterema remisami.

Byłby to paradoks wprawiający w osłupienie – nasze kluby przez 17 lat przepadają w eliminacjach w najróżniejszych okolicznościach, aż nastaje niesamowite lato 2013 roku i Legii do sukcesu wystarcza pokonać walijskich półamatorów z New Saints.

Mistrzowie Polski nie oszałamiają jakością gry, przeciwnie, w każdym kolejnym meczu ich słabości kłują w oczy, każdy kolejny to udręka, w każdym najpierw oddychamy z ulgą, że ocaleli. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Nie stać nas na luksus wybrzydzania na niesatysfakcjonujący styl, gdy poprzednicy – Śląsk Wrocław – nie umieją dobrnąć nawet do decydującej rundy kwalifikacyjnej, i to pozwalają się skopać rywalom przeciętnym, którzy również do LM nie dochodzą – szwedzkiemu Helsingborgowi. Gdy w XXI wieku do Champions League zaglądają przedstawiciele wszystkich krajów UEFA z liczbą ludności powyżej dziesięciu milionów – poza Kazachstanem i Polską. Gdy nasi mistrzowie rok w rok kładą się przed przeciwnikami znacznie biedniejszymi, gdy wicemistrz Lech kładzie się w pucharach przed litewskim Żalgirisem, którego budżet – 12 mln zł – w polskiej ekstraklasie nie wystarcza czasem do utrzymania.

Niech legioniści awans wyszarpią, wybiegają, wyduszą. Wszystko jedno, byle awans był. Wreszcie.

Absurdalna reforma rozgrywek naszej ligi miała ponoć uczynić ją atrakcyjniejszą, a trochę przypadkiem, jak to w tradycyjnym chaosie naszej piłki, może przyczynić się do odzyskania miejsca w Champions League. W perspektywie wiosennego podziału uzbieranych punktów mecze jesienne gwałtownie tracą na znaczeniu, więc trener Legii rotuje składem intensywnie jak żaden z poprzedników, daje odpocząć dosłownie wszystkim piłkarzom zaangażowanym w walkę o Europę, po porażkach w kraju wzrusza ramionami, mówiąc, że – takie zdanie nie padło jeszcze chyba nigdy – „ma ważniejsze sprawy na głowie”. Gdyby nie regulaminowy dziwoląg, na aż tak ostentacyjne ignorowanie krajowej ligi Jan Urban raczej by sobie nie pozwolił. Zbyt duże ryzyko, że przegrasz wszędzie.

Remisująca, cierpiąca w każdym meczu Legia przystępuje do gry w maksymalnym dostępnym na tym poziomie komforcie. Rozpocznie przy sprzyjającym wyniku, więc nie musi wyrywać pod bramkę Steauy. Na szczęście, nawet w kraju biedzi się z przyciśnięciem rywala uporczywym atakiem pozycyjnym, zresztą wspomnienie arcyważnych goli pędziwiatra Jakuba Koseckiego – strzelił także w Bukareszcie, działa jak talizman drużyny – uświadamia, że mistrzowie Polski wolą rozstrzygać o wynikach w kontratakach, przy zdezorganizowanej defensywie przeciwnika. A defensywa Rumunów pozbawionych rządzącego dotąd na tyłach Vlada Chiricheşa rozlatuje się nader łatwo, zwłaszcza zestresowana pressingiem na jej połowie.

No i nie musi Legia nawet wygrać. Abstrakcyjna zasada, że gole wbite na wyjeździe cenimy wyżej, uczyniła już mnóstwo cudów. Także na szczytach. W sezonie 1987/1988 piłkarze PSV Eindhoven, zanim zdobyli Puchar Europy, zakradali się jak Legia. 1:1 i 0:0 w ćwierćfinale, 1:1 i 0:0 w półfinale, 0:0, dogrywka i zwycięskie rzuty karne w finale. Do wzięcia najcenniejszego klubowego trofeum wystarczyło pokonać Galatasaray i Rapid Wiedeń, w pierwszej i drugiej rundzie.

Niewykluczone, że i warszawianie na samym końcu – oni swój finał rozgrywają dziś – podejdą do jedenastek. To też byłoby nieznane nam doświadczenie, polskie kluby jeszcze w ten sposób, najbardziej dramatyczny z dostępnych, boju o Ligę Mistrzów nie rozstrzygały, ba, przez 17 lat przegrywania ledwie raz zdołały wydłużyć nadzieje o dogrywkę. A Legii rzuty karne wydają się kulminacją logiczną, warszawski klub od dawna bramkarzami stoi – a to odda Celtikowi Glasgow bohatera w osobie Boruca, a to sprzeda Fabiańskiego do Arsenalu, a to na gwiazdę polskiej ligi rozbłyśnie Mucha, a to bohaterem wielogodzinnej mordęgi z Molde i Steauą zostanie Kuciak. Ten ostatni nawet w walijskiej inauguracji sezonu być może uchronił warszawian przed katastrofą, to dzięki niemu do przerwy przegrywali z amatorami w Wrexham tylko jedną bramką.

Przetrwali tam, przetrwali następne mecze, a my, latami przyzwyczajani do polskiego piłkarza jako zdechlaka notorycznie niewytrzymującego międzynarodowych starć także fizycznie, zobaczyliśmy legionistów, którzy w Bukareszcie wyglądali na tym silniejszych, im dłużej trwała walka ze stopniowo słabnącą Steauą. A jeśli tak, to nie powinniśmy się bać ani karnych, ani znoju rozciągniętego do 120 minut.

Legionistom w ogóle nie wypada się bać. Do przegrania nie zostało już nic (zesłanie do Ligi Europejskiej to całkiem znośna kara za porażkę), do wygrania jest wszystko. Wielomilionowe premie, które przytłoczą konkurencję w kraju. Perspektywa prawdziwych, a nie kupionych meczów z potęgami formatu Barcelony. I pozbycie się kompleksu jedynego dużego państwa na kontynencie, które na najbardziej wykwintne przyjęcia w klubowym futbolu nie ma prawa nawet zajrzeć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s