Patchwork do kosza

Full Fathom Five, Jackson Pollock, 1947 (Gdyby Ulesława interesowało)

Swego czasu notorycznie zarywałem noce dla Jordana (mój prywatny sportowiec wszech czasów w kategorii „gry zespołowe”, przeskoczył nawet Maradonę) i reszty NBA, która wyglądała obok niego rozczulająco maleńko, ale potem oglądanie koszykówki porzuciłem całkowicie. Nie mam o niej zielonego pojęcia i właściwie powinienem w kwestiach koszykarskich wyłącznie milczeć.

Na Eurobasket rzucałem jednak okiem i trochę mnie los Polaków poruszył. Wczoraj nakryłem ich na wyniku 2:19 z Chorwacją (chyba nigdy wcześniej takiego w koszykówce nie widziałem, skromnie doświadczony jestem), dziś długo groziła im bezprecedensowa klęska z Hiszpanią, od kolegów ze Sport.pl usłyszałem, że na forach natrząsają się z koszykarzy wyjątkowo bezwzględnie, brutalnie nawet. I pomyślałem sobie, że podzielę się hipotezą – schowaną na blogu i podaną z oddali, z perspektywy ogólnosportowej, bez dotykania kwestii techniczno-taktycznych – być może przydatną w rozważaniach, dlaczego Polacy pozwalają się wrzucać do kosza w aż tak beznadziejnym stylu.

Kiedy patrzę na tę reprezentację lub o niej słucham/czytam, najpierw rzuca mi się w oczy, z jak cholernie obcych sobie elementów się składa.

Marcin Gortat, wiadomo – przyleciał z innego kontynentu, a w istocie z innej galaktyki, jedyny na co dzień przestaje z koszykarzami najwyższej generacji, tworzących kastę uprzywilejowanych niewystępującą w innych grach drużynowych. (Zdarzało mu się odmawiać występów w reprezentacji).

Maciej Lampe to przypadek osobny, typ o obłędnie pokręconym życiorysie – dorastał w Szwecji, nigdy nie żył w Polsce, od zawsze kręci się po świecie, więc można podejrzewać, że należy do tych płynnie nowoczesnych globtroterów, którzy sami nie bardzo wiedzą, kim są. (Zdarzało mu się odmawiać występów w reprezentacji).

Thomas Kelati to Amerykanin. Jako nasz rodak skończył w lipcu ledwie trzy lata (tak, wiem, ożenił się z naszą dziewczyną i w ogóle się zżył).

Dwaj pozostali gracze, domykający wyjściową piątkę, to Polacy, wśród nich doświadczeni wyłącznie przez naszą podziemną ligę.

Nad wszystkimi panować miał Dirk Bauermann. Niemiec. Na zlepienie grudek z różnych planet dostał dwa miesiące.

Zdaję sobie sprawę, że reprezentacje kraju – w rozmaitych dyscyplinach, w koszykówce szczególnie – coraz rzadziej bywają jednolite, że pobłyskują wieloma narodowościami i rozbrzmiewają wieloma językami, że zawodników się masowo naturalizuje, a selekcjonerów importuje, że czas płynie jak opętany. Ale muszą istnieć granice, których przekraczania sport drużynowy nie toleruje. A Polakom trafił się patchwork, o jakim najsławniejsi abstrakcjoniści nie ośmieliliby się pomyśleć. Każdy koszykarz pochodzi z zupełnie innej rzeczywistości; każdy kończy sezon klubowy o innej porze; każdy, komu się zachce, incydentalnie z kadry rezygnuje, więc skład podlega drastycznym zmianom rok w rok; oglądamy w niej gigantyczny rozstrzał między umiejętnościami najlepszych i najgorszych; trener kształtuje grupę od wczoraj, a nie – jak choćby trener również pokawałkowanej Gruzji – od pięciu lat.

Wyobrażam sobie, że żaden z wymienionych powodów, występując pojedynczo, nie skazałby drużyny na zagładę. Ale kombinacja wszystkich? Czy w męskiej koszykówce nie wystawiamy najbardziej sztucznego tworu, jaki zna polski sport reprezentacyjny?

PS Czy pracownik fizyczny może kosztować 100 mln euro? Czy to etyczne? Czy to pytanie ma w ogóle sens? Kto nie boi się płatnej ściany, tutaj znajdzie mój tekst z sobotniego magazynu świątecznego „Gazety”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s