Borussia wciąż zieje ogniem

Finalistom poprzedniej Ligi Mistrzów znów nikt nie ufa. I niewykluczone, że nieufni znów srogo się zawiodą.

Niszczącą energią buchnęli w weekend. Rywali z Hamburga roznieśli sześcioma golami, na bramkę gości oddali 32 strzały, w piątej kolejce Bundesligi odnieśli piąte zwycięstwo. To najefektowniejszy start w całej historii klubu. Machina oblężnicza trenera Jürgena Kloppa miała się rozpaść, a na razie rozpadają się wszyscy, których zaatakuje. Na dzisiejszą inaugurację Ligi Mistrzów dortmundzcy piłkarze polecieli do Neapolu w formie, jak się zdaje, rewelacyjnej.

Ile by się jednak nie nawygrywali, reakcją zawsze jest niedowierzanie. I westchnienia, że następnym razem już na pewno się nie uda, że teraz pozostanie im już tylko słabnąć.

Kiedy w 2011 r. po długiej beznadziei finansowej i sportowej odzyskiwali mistrzostwo Bundesligi, nie mieli prawa go obronić – tradycją stało się wszak, że Bayern zrzeka się panowania najwyżej na sezon, potem rozdrażniony rozszarpuje rywali na strzępy.

Kiedy w 2012 r. mistrzostwo jednak obronili – i dołożyli Puchar Niemiec! – monachijscy faworyci wypominali im, że jesienią w LM rozłożyli się na dnie grupy, więc pozostają drużyną prowincjonalną, zdolną podrygiwać wyłącznie w kraju, gdzie im, monachijskim panom, zdarza się niekiedy zagapić.

Aż wiosną 2013 r. dortmundczycy pomknęli do finału Champions League, wywołując sensację o skali niewidzianej w tych rozgrywkach od blisko dekady. Ostatecznie przekonali wątpiących, wtargnęli do ścisłej europejskiej czołówki? W żadnym razie, wystarczy zerknąć na najświeższe notowania bukmacherów. Ci od Williama Hilla wyżej wyceniają możliwości nie tylko broniącego trofeum Bayernu, nie tylko Barcelony i Realu Madryt, nie tylko obu Manchesterów, Chelsea i Juventusu, oni więcej szans na majowy triumf przyznają nawet Paris Saint-Germain.

Powody do zwątpienia w Borussię były. Długo wyławiała z rynku wyłącznie piłkarzy dostępnych za drobne – nawet 4 mln euro z okładem za Roberta Lewandowskiego wyglądały przy jej standardach ekstrawagancko – zatem stale rosło ryzyko, że się wreszcie pomyli, i to grubo. Co sezon traci kluczowe postaci, najpierw był to najlepszy ligowy pomocnik Nuri Sahin, następnie główny procesor ofensywy Shinji Kagawa, wreszcie jeszcze w trakcie minionego sezonu wyszło na jaw, że Bayern podbierze jej Mario Götzego, zdaniem samych Niemców najcudowniejszego dzieciaka ich futbolu. No i dysponowała wąziutką kadrą, pojedyncze urazy mogły zniweczyć jej wysiłek. Takie kluby w elicie już się nie zdarzają.

Dlatego w Borussię wielką nie tylko incydentalnie nikt nie umiał – nie umie? – uwierzyć. Dlatego że różniła się od konkurencji totalnie. Jej trener gimnastykował się, by na szlagierowe wieczory wypuszczać zawsze tych samych ludzi, gdzie indziej trenerzy zniosą niemal dowolną liczbę kontuzji, bo w rezerwie przebierają wśród graczy za kilkadziesiąt milionów. Ba, niekiedy wypadki losowe sprzyjają utrzymaniu w dobrym samopoczuciu tych, którzy tężeli od przymusowej bezczynności.

Dortmundczycy tego lata też wreszcie mieli do wydania cięższy pieniądz, bowiem do przychodów z Ligi Mistrzów dołożyli 43 mln euro wyciągnięte z Götzego. I rzeczywiście, nie dusili grosza, jednak nade wszystko Klopp znów błysnął intuicją w doborze piłkarzy niby wyjętych z kompletnie innych światów, a idealnie – co się okazało – na boisku kompatybilnych. Jak przed dwoma laty zaprosił japońskiego drugoligowca Kagawę i pochodzącego z krainy napastników wyłącznie pokracznych Lewandowskiego, tak teraz pożenił Ormianina z ligi ukraińskiej Henricha Mchitarjana z gabońskim wicekrólem strzelców ligi francuskiej Pierre’em Aubameyangiem. I zupełnie nie widać, by dortmundzcy atakujący musieli się siebie wzajemnie uczyć.

Przeciwnie, sprawiają wrażenie, jakby współdziałali jeszcze sprawniej, na jeszcze wyższym poziomie energetycznym, na wyższej prędkości niż wiosną. Jeśli Aubameyang rozpędza się do 35 km/godz., to znaczy, że atak zyskał napęd rakietowy.

Europa skupiona na podglądaniu awantury o Lewandowskiego chyba przeoczyła, że skazywana na rozbiórkę Borussia nie tyle się nie osłabiła, ile wzmocniła. Właściciel Napoli przed dzisiejszym meczem nazywa ją z respektem „potworem z trzema głowami” i wcale nie przesadza, jego metafora brzmi raczej zbyt skromnie. W dortmundzkim kwartecie ofensywnym każdy – poza wspomnianymi Lewandowskim, Aubameyangiem i Mchitarjanem także Marco Reus – ma albo świetnie ułożoną stopę, albo snajperski instynkt, więc nie obowiązuje tam sztywny podział na strzelających i podających, wystrzału musisz się spodziewać wszędzie, to są przynajmniej cztery ziejące ogniem głowy. A przecież do zdrowia wraca Kuba Błaszczykowski, przecież coraz pazerniejszy na kontrolowanie środka pola jest przygarnięty po nieudanej emigracji Sahin, który w tym sezonie wcale nie schodzi z boiska…

Klopp rozszerzył sobie pole manewru, co może okazać się niezbędne, jeśli jego kariera ma rozwijać się według planu: najpierw nauczyłem się wygrywać Bundesligę, potem awansowałem na pułap Champions League, teraz wypada poszaleć na obu piętrach. Zwłaszcza że losowanie wtrąciło go do chyba najsilniej obsadzonej grupy, z Napoli przejętym przez wybitnego specjalistę od europejskich pucharów Rafę Beniteza oraz Arsenalem natchnionym pozyskaniem Mesuta Özila. Nad konkurentami ma tę istotną przewagę, że u wszystkich faworytów rozgrywek – jeden niemiecki, dwóch hiszpańskich, trzej angielscy – swoje porządki wprowadzają nowi trenerzy. I ów okres przejściowy widać na boisku.

A w Borussii widać mniej więcej to samo, tylko lepiej. Teza być może do obalenia (może obali ją rozpędzone Napoli), ale niekoniecznie – nikt na kontynencie nie zasuwa obecnie w jej tempie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s