Polska znów pełna zagadek. Czy rozwikła je na medal?

mistrzostwa Europy siatkarzy 2013

Na pierwsze u nas mistrzostwa Europy siatkarzy wystawiamy drużynę po przejściach. Po ostrych przejściach. Ale nastał taki czas, że na tej imprezie zawsze, bez względu na aktualne okoliczności, wypada skakać po medal.

O męskiej reprezentacji nader często piszemy, że jest po przejściach, bo nie umie się zdecydować, gdzie jej miejsce – albo dotyka gwiazd, albo szoruje po dnie. Nikt poważnie aspirujący do światowej czołówki nie popada w porównywalne skrajności.

Tym razem Polacy zsunęli się wyjątkowo nisko i na wyjątkowo długo. Od lat popisy ładne przeplatali z paskudnymi, teraz najpierw przerżnęli igrzyska w Londynie – ulegli Australii, co skazało ich na późniejszych mistrzów Rosjan już w ćwierćfinale – a następnie sromotnie przegrali Ligę Światową. Dali najsłabszy występ obrońców tytułu w historii tych rozgrywek.

Chyba jeszcze bardziej sugestywnie wygląda najprostszy statystyczny bilans, mecze o stawkę łączący z towarzyskimi. W roku bieżącym wygrali zaledwie siedem z rozegranych 18. A gdybyśmy rozciągnęli obliczenia na ciut bardziej odległą przeszłość, o nieszczęsny finisz turnieju olimpijskiego, to czarna seria składałaby się z dziewięciu zwycięstw odniesionych w 21 ostatnich próbach. Tak ponuro pod reprezentacyjną siatką nie było od blisko dekady.

Nic dziwnego, że Andrea Anastasi zareagował. I to zadziałał drastycznie, zwłaszcza ze swojej perspektywy. Zanim wyciął z kadry Zbigniewa Bartmana, zapewne bił się z myślami nie dlatego, że deliberował nad graczem dotąd absolutnie kluczowym, dźwigającym ofensywę, lecz dlatego, że niszczył własne dzieło. Kiedy trenerzy zaczynają pracę, łatwo im wykonywać nawet zamaszyste ruchy personalne – zazwyczaj powszechnie oklaskiwane jako odważne – bo jeszcze działają na zimno, nie zdążyli się do nikogo (lub niczego, gdy chodzi o koncepcję) przywiązać ani zrazić. Z czasem praca staje się bardziej sprawą osobistą. A włoski selekcjoner sam Bartmana – jako przyjmującego przesuniętego na pozycję atakującego – wymyślił i stworzył. Ze skutkiem mieniącym się wszystkimi kolorami medali, brązowym w Lidze Światowej i ME, srebrnym w Pucharze Świata, złotym w LŚ.

Anastasi postanowił też, że najstarszego w kadrze, mającego w dorobku imponujące 313 gier dla kraju Krzysztofa Ignaczaka (rocznik 1978) będzie wyręczał najmłodszy po Grzegorzu Boćku (1991) Paweł Zatorski (1990). Postanowił brawurowo, pokazując, że ma istotną trenerską cnotę – elastyczność, gotowość do porzucenia metod, które już przywiodły go do sukcesu. Czy wybrał słusznie, nie wiemy. Czekamy na mistrzostwa.

W każdym razie znów przybyło uznanych nazwisk, które z rozmaitych względów wypadły poza reprezentację. Pomyślmy o złożonej z nich drużynie – z rozgrywającym Pawłem Zagumnym, atakującym Mariuszem Wlazłym, libero Ignaczakiem, środkowymi Danielem Plińskim i np. powoływanym jeszcze niedawno Grzegorzem Kosokiem, przyjmującymi Bartmanem i jeszcze kimś, niech będzie to Wojciech Włodarczyk, z którego trener zrezygnował w ostatniej chwili. Czy ta siódemka nie byłaby zdolna wyskoczyć wręcz wyżej niż podstawowa siódemka wyselekcjonowana przez Anastasiego? To ćwiczenie wyobraźni uświadamia, że grupą po przejściach możemy Polaków obwołać nie tylko z powodu szokująco słabych ostatnio wyników, i przede wszystkim przypomina, że przynajmniej teoretycznie w męskiej siatkówce dysponujemy już całkiem rozległymi zasobami ludzkimi. Na tyle rozległymi, by także ubytki pokaźniejsze niż pojedyncze, nawet obwieszone medalami, nie wywoływały powszechnego defetyzmu.

Dopiero gdy siatkarze Anastasiego przeskoczą rywali z grupy, czyli nieprzyzwyczajone do marzeń o medalach Turcję, Słowację i Francję, stoczą mecz lub mecze (patrz ramka), które oddzielają kolejną bolesną klęskę od nadziei na sukces, czyli podróży na półfinały do Kopenhagi. Bukmacherzy zgodnie – i krajowi, i zagraniczni – w rankingu faworytów mistrzostw kontynentu umieszczają Polskę tylko pod Rosją, ale jej aktualnej formy nie znamy. Na Memoriale Wagnera widzieliśmy, że osowiali w trakcie Ligi Światowej siatkarze ożyli, w każdym razie sprawiali wrażenie ludzi, którzy znów czerpią frajdę z gry. I Holendrów oraz Niemców pokonali dość swobodnie. Na jedyną próbę miarodajną w perspektywie walki o medale ME – 1:3 z Rosją – porwali się jednak bez Bartosza Kurka, gracza wciąż newralgicznego, jeśli chcemy zaatakować rywali szeroką – i wysoką! – ścianą ognia. Czyli nadal wiemy tyle, że świetną formą wybrańcy Anastasiego po raz ostatni błysnęli w przedostatniej LŚ. Blisko 30 meczów temu.

Od dzisiejszej inauguracji z Turcją zaczną napływać odpowiedzi na mnóstwo pytań. Jak odpowiedzialność pierwszego atakującego zniesie debiutujący w tej roli na poważnej imprezie Jakub Jarosz? A może śmiało wesprze go żółtodzioby, międzynarodowo przećwiczony wyłącznie na uniwersjadzie Bociek, który do seniorskiej reprezentacji nie tyle awansował, ile się w niej zjawił – znikąd – bo jeszcze wiosną trenerowi nie wpadło do głowy, by upchnąć go w mocno wstępnej i tłumnej, 22-osobowej kadrze na LŚ? Czy nadmiernym ryzykiem nie okaże się strategia totalnego zawierzenia rozgrywającemu Łukaszowi Żygadle, który nie ustępuje miejsca Fabianowi Drzyzdze właściwie nigdy, trener nie stosuje nawet powszechnej w końcówkach setów podwójnej zmiany – wraz z wymianą atakującego? Czy wreszcie wróci Kurek w dawnej postaci, na poprzednich ME najgroźniej serwujący, a w zwycięskiej LŚ 2012 wręcz główny bohater turnieju finałowego, uhonorowany nagrodą MVP? Czy reprezentacji nie zaszkodzi to, że znów nie przetykała treningów sparingami, w przeciwieństwie do intensywnie uwijających się towarzysko rywali?

Zanim poznamy odpowiedzi, pozostaje ufać Anastasiemu, który przeżył już przecież wszystko. Ostatnio trochę – a nawet więcej niż trochę – poprzegrywał, ale to wciąż jedyny w dziejach siatkówki trener, który zdobywał medale mistrzostw Europy z trzema różnymi reprezentacjami. I to w diametralnie odmiennych okolicznościach – złoto i brąz dla Włoch wziął, gdy szefował m.in. byłym kumplom z boiska, wśród nich multimedalistom; złoto dla Hiszpanii wyczarował z nacją w tej dyscyplinie trzeciorzędną, wywołując sensację wszech czasów; wreszcie przed dwoma laty po brąz zaciągnął biało-czerwonych. Każdą porażkę musi odcierpieć jak dotkliwą fizyczną dolegliwość, a teraz potrzebuje zaleczyć rany po niepowodzeniach tym bardziej przykrych, że poprzedzonych passą w naszej reprezentacji bezprecedensową – skokom na podium w czterech turniejach z rzędu.

Kiedy Włoch rozmawia z dziennikarzami ze swojego kraju, to zaraz po przyznaniu, że w tegorocznej LŚ jego drużyna została „zmasakrowana”, zachwyca się, że w Polsce po klęsce siatkarzy nadal otacza ich bezgraniczny entuzjazm. I to również go napędza. Pozostaje mu tylko zdobyć paliwo, by pofrunąć z biało-czerwonymi na imprezę, jakiej nie przeżyliśmy nigdy – siatkarski mundial w Polsce. Najłatwiej zdobyć je w następny weekend w Kopenhadze, gdzie będą rozdawać medale ME.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s