Polish football sucks

Champions League, ekstraklasa, Joanna Bator

Polak z polskiej piłki brutalnie szydzi albo, w przypływie łaskawości, o jej nieporadności ironizuje. Polak coraz częściej od polskiej piłki się odwraca, by maślanymi oczyma wodzić za superbohaterami z Barcelony, Bayernu albo Manchesteru. Polak swojską piłką gardzi, więc pasjami współfinansuje wielkie zagraniczne firmy, kolekcjonując koszulki, kubki i inne relikwie w obcych kolorach. Pieniądze, które mogłyby płynąć do budżetów naszych klubów, zalewają cudze konta.

My doskonale wiemy, o co chodzi, kilka dni temu zjawisko opisał poznający je dopiero, mieszkający u nas Brytyjczyk zadurzony w Warszawie i polskim futbolu, o którym bloguje. Zjawisko mu się nie podoba, uważa je za chorobliwe. Winą obciąża i kibiców, i kiboli, i dziennikarzy, i kluby – bierne, niezdolne do nawiązania bliskiego kontaktu z lokalnymi społecznościami. Tekst brzmi szczerze, autorem zdaje się powodować autentyczna troska, że dzieje się w jego „adopted country” źle.

Brytyjski bloger zetknął się z sytuacją zupełnie nieznaną, bo przybył z kraju unikalnego w skali nie tylko kontynentu – z najbogatszą ligą świata, z kibicowaniem lokalnemu klubikowi jako częścią tożsamości każdego Anglika, z tradycją, która nakazuje tysiącom ludzi ignorować Champions League, gdy kopią w League Two. Nieprzypadkowo akurat tam powstała „Futbolowa gorączka”, tak wysokich temperatur nie znajdziesz nigdzie poza tą jedną wyspą.

U nas, w kraju „Piłkarskiego pokera”, zawsze było chłodniej. Sam jestem klasyczną ofiarą zaczadzenia innym światem. W głębokim dzieciństwie rozekscytowany przyklejałem policzek do radia, by z korespondencji z Rzymu nadawanej w wieczornej „Kronice sportowej” dowiedzieć się, ile goli strzelili w lidze włoskiej Maradona z Carecą, a ile Zibi, Gullit czy Altobelli. Nie wiem, dlaczego mnie do Serie A ciągnęło, ale ciągnęło, choć informacji miałem w ilościach homeopatycznych. Tamtej audycji słuchałem w poniedziałkowe wieczory, niekiedy dopiero wtedy poznawałem rozstrzygnięcia meczów z niedzielnego popołudnia. Czasem jakieś migawki dali w telewizorze, coś tam publikowali w katowickim „Sporcie” – po latach Boniek wspominał, że czasem dziennikarze z Polski dzwonili, by zapytać go o wyniki.

A skoro ja, pomimo szczątkowej styczności z innym światem, wpadłem po uszy, to tym bardziej powinienem rozumieć ludzi, których inny świat uwodzi kolejka w kolejkę, w jakości HD, wzmocniony multimedialną propagandą rozpylaną w rytmie 24/7. I dorastających w czasach, w których dystans między Ligą Mistrzów a ligą polską jest większy niż kiedykolwiek.

Z wpisem na blogu „Rightbankwarsaw” zgadzam się w warstwie opisowej, odrzucam natomiast tezę, jakoby obojętność polskiego kibica na polską piłkę wpływała na kryzys sportowy. „So is there any way the domestic game in Poland can be saved, or is it doomed to vegetate forever?” – pyta bloger, a ja uważam, że ludzie naszej piłki mają wszystko, by podnosić jej poziom. W porównaniu do mnóstwa krajów osiągających znacznie lepsze wyniki nasza piłka nie wegetuje, przeciwnie, finansowo kwitnie. Tyle że szmal przejada, zamiast sensownie inwestować.

Zauroczenie obcymi spektaklami to nie zjawisko polskie, lecz uniwersalne. Uniwersalne na dwóch poziomach – po pierwsze dotyczy całego świata, po drugie dotyczy nie tylko futbolu, niemal wszędzie globalne korporacje spychają na obrzeża rynku przedsiębiorstwa lokalne. Międzynarodowe sieci supermarketów wypierają sklepiki osiedlowe, Barcelona chce zetrzeć z ekranu telewizora Lechię Gdańsk. A Primera División – tzw. ekstraklasę. Od bieżącego sezonu każdy mecz kolejki ligi hiszpańskiej odbywa się o innej porze, więc kibicowi ukąszonemu przez ligę hiszpańskiemu może być trudniej godzić jej śledzenie ze śledzeniem polskiej – co rusz staje przed dylematami, które jeszcze niedawno nie istniały. Niezdecydowanym zagraża coraz więcej pokus.

Polski film czy polska książka miewają tę przewagę nad zagranicznymi dziełami, że dotyczą tu i teraz, pochylają się niekiedy nad sprawami nam najbliższymi, nad którymi nikt inny się nie pochyli. I przemawiają w naszym języku. Mecz przewagi nie ma. To wszędzie tam sama gra, opisana tymi samymi abstrakcyjnymi regułami, organizowana na tym samym trawiastym placu z bramkami.

Z jedną zasadniczą różnicą. Najwybitniejsi kopią fajniej niż przeciętniacy. I z każdym sezonem postępującej elitaryzacji – wszyscy najwybitniejsi w jednym miejscu, oplatające glob siatki skautów nie przepuszczą żadnego talentu – przeciętniakom uciekają. Wielokrotnie zaobserwowałem u siebie reakcję: oglądam byle meczydło, złożone z koślawych zagrań i jakby pozbawione głównego wątku, bezwiednie tracę koncentrację, odpływam myślami. Nudny film, więc usypiasz. Nie panuję nad tym, jak w dzieciństwie nie kontrolowałem ulegania wpływowi miraży włoskiego calcio. A wszystkiemu znów winna wszechobecność futbolu na szczytowym poziomie. Kiedyś rarytasu, teraz wrzynającego się w oczy nieustannie i przez to stale podnoszącego nasze wymagania.

Być może polscy i niepolscy fani spoza najbogatszych lig potrzebują dziś odnaleźć w sobie więcej niż kiedykolwiek tolerancji dla przywar piłkarzy z sąsiedztwa. Akceptacji dla niedoskonałości kłujących w oczy tym bardziej, im częściej spoglądamy na tych wszystkich krańcowo wytrenowanych cyborgów, którzy rocznie zarabiają kilka albo kilkanaście razy ponad budżet łódzkiego Widzewa. Trudne zadanie. Na miarę wyjścia z grupy na mundialu, na które już przecież trochę czekamy.

PS Zostałem upomniany pod poprzednią notką, więc wklejam link do notki otwierającej naszą wspólną zabawę w Fantasy Champions League, żeby na tamtejszym forum ewentualnie omawiać sukcesy i porażki. Kto chętny, niech kliknie tutaj.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s