Słoneczna energia Mesuta Özila

W niemieckim rozgrywającym ogłaszałem na łamach „Gazety” bóstwo, jeszcze zanim wyszedł z nastoletniego pacholęctwa, niecierpliwie czekałem, aż wyrośnie na inne wcielenie Zinedine’a Zidane’a, więc jego popisy w Realu Madryt, przecież znakomite, czasem wręcz mnie rozczarowywały. Wszystko przez absurdalnie wygórowane oczekiwania, reagowałem trochę jak na, powiedzmy, film Nuri Bilge Ceylana, od którego wymagam, by mnie zwalał z nóg, więc kiedy tylko na wpół omdlewam, to wmawiam sobie, że satysfakcja ciut niepełna.

Odkąd jednak Özil zstąpił na murawę Arsenalu, tkwię w totalnym zachwycie. Może potrzebował innego tła, może jego subtelności nie przysłania już muskulatura Cristiano Ronaldo, może każda asysta czy kluczowe podanie ważą tam więcej niż w rozdeptującym prawie całą ligę hiszpańską, rozsypującym gole garściami Realu. W każdym razie Niemiec wreszcie został mistrzem ceremonii.

Dlatego czuję w sobie przymus zbuntowania się przeciw opinii Michała Okońskiego, naszego ulubionego znawcy Premier League, który w jak zwykle świetnym tekście o 17 latach Arsene’a Wengera w Londynie przemycił kilka słów boleśnie nieprawdziwych – „transfer Özila wcale nie był przełomowy”. Nieprawdziwych, acz bezpiecznych, bo oczywiście nie sprawdzimy, co by było, gdyby Mesut na stadion Emirates nie zstąpił.

Ale wiemy, co jest. Wiemy, że choć zdążył rozegrać niespełna trzy mecze ligi angielskiej – rywalizującej już sześć kolejek – to wyczarował w niej najwięcej asyst. Wiemy, że tzw. zagraniami kluczowymi, nierzadko cenniejszymi niż asysty, obdarowuje kolegów średnio cztery raz na mecz, zatem w pięciu czołowych ligach europejskich – już nie tylko na Wyspach! – ustępuje tylko Francesco Tottiemu z Romy oraz Mathieu Valbuenie z Olympique Marsylia. Wiemy, że w Premier League tylko David Silva częściej przeszywa linie defensywne wroga precyzyjnymi prostopadłymi podaniami. Wiemy, że w szlagierze Champions League postanowił zabawić się jeszcze bardziej rozstrzygająco – perfekcyjnie uderzył przy pierwszym golu, prawda? – choć manewrował w strefie wysokiego zagrożenia, pomiędzy Gökhanem Inlerem i Valonem Behramim, którzy niedawno sparaliżowali ofensywę Borussii Dortmund (inna sprawa, że tym razem ruszali się jak muchy w smole).

Trzeba oczywiście zauważać niesamowity czas wielofunkcyjnego Aarona Ramseya, zdumiewać się kilerskimi skłonnościami, które odnalazł w sobie Olivier Giroud (i nie tylko kilerskimi, bez jego doskonałego zachowania na skrzydle nie byłoby inauguracyjnego ciosu Özila), i w ogóle doceniać harmonię ruchów całej drużyny. Wypada też prowokacyjnie szepnąć, że Arsenal może być na starcie sezonu beneficjentem gwałtownych zmian u największych konkurentów – Chelsea oraz obu Manchesterów. Ale to nie unieważnia najważniejszego: niemiecki rozgrywający zachowuje się na razie (zwrot „na razie” należy podkreślać wężykiem), jakby postanowił wpływać na Arsenal mocniej niż ktokolwiek od czasów Cesca Fàbregasa. Nie korzysta z prawa do rozciągniętego w czasie adaptowania się, lecz w każdym kontakcie z piłką manifestuje zaraźliwą pewność siebie. Przyszedł, zobaczył i zwyciężył, przybył i stała się jasność, sami rozumiecie, podobnie działa Słońce – gdyby zgasło, Ziemia nadal mogłaby się kręcić, tylko po co.

Jeśli pierwszy narcyz futbolu Cristiano Ronaldo publicznie zapłakał nad utratą Özila, to musiał mieć ważne powody. A jeśli Arsenal miewał problemy dźwiganiem presji (wszyscy złośliwie żądali trofeów), to wziął sztangistę wyjątkowo zaprawionego w bojach, bo przećwiczonego przez królewski Madryt, gdzie to pojęcie ma zupełnie inny wymiar. Zresztą trudniej wykrywalne aspekty tego interesu za 42,5 mln funtów zdają się tak samo ważne, jak dostrzegalne gołym okiem, techniczne – oto drużyna, która ostatnio każde lato kończyła zdołowana powszechnie ogłaszaną klęską na rynku transferową, nagle zostaje jego zwycięzcą, dokonuje zakupu, którego zazdrości jej cała Anglia. Jeśli on miałby nie natchnąć szatni, to znaczy, że rozświetlające szatnie wzmocnienia nie istnieją.

A niewykluczone, że doniosłość transferu Özila obejmie nie tylko Anglię. W Madrycie tęsknią coraz głośniej…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s