W stylu pijanego mistrza

Pijany mistrz, Ukraina - Polska

Gdybyśmy wymazali z pamięci wszystko, co działo się dotąd w mundialowych eliminacjach, i przyjrzeli się ludziom, którzy polecieli na podbój Ukrainy, meczu w Charkowie musielibyśmy wyczekiwać z optymizmem. Niemałym.

Latami przyzwyczajaliśmy się, że w drużynie narodowej nie obowiązuje minimalny standard umiejętności, że zrozpaczeni płytkością kadr selekcjonerzy wpuszczają do szatni każdego, kto się nawinie. Kiedy po raz ostatni nasi szli po awans do imprezy mistrzowskiej – Euro 2008 – mecze musieliśmy poprzedzać w „Gazecie” smętnymi opowieściami o kopaczach, którzy w byle jakich zagranicznych klubidłach gnuśnieją w fotelach rezerwowych lub skopani gdzieś za fotele, więc reprezentacja daje im jedyne okazje, by w ogóle sobie pograć. Takie były realia, już nieaktualne. Dziś na obu krańcach drużyny staną wyczynowcy demonstrujący ostatnio najwyższą klasę światową (Boruc, R. Lewandowski), a pomiędzy nimi mogą biegać piłkarze „na chodzie”, grający regularnie w mocnych ligach lub przyzwoitych firmach, czasem wręcz, jak Mierzejewski, znajdujący się w nadzwyczajnej formie. Ich nie trzeba sportowo reanimować, im wystarczy sensownie zorganizować boiskowe życie. Choć u nas minusy tradycyjnie przesłaniają plusy i chętniej wytykamy braki, to tylu umiejętności w reprezentacyjnej szatni nie było co najmniej od 2002 r.

Dlatego tabelę grupy eliminacyjnej czytam przede wszystkim jako tabelę straconych szans. Wystarczyło wymęczyć wiosną wygraną w Mołdawii, ewentualnie przepchnąć u siebie Czarnogórę – sumą indywidualnych kompetencji na pewno naszym kadrowiczom ustępującą – by czaić się za liderem, Anglią, z ledwie punkcikiem straty. I niekoniecznie musielibyśmy teraz dwukrotnie zwyciężać wyjazdowo, by wkraść się przynajmniej do baraży. Taka już się trafiła konkurencja. Z groźnymi szyldami, w istocie rozmemłana, bez naprawdę mocnych, którzy mogliby cokolwiek osiągnąć w brazylijskich MŚ.

Wieczoru w Charkowie z niemałym optymizmem nikt jednak nie wyczekuje, bo wspomnień nie wymażemy. Drużyna nie biegła przez eliminacje po linii w miarę prostej, lecz się zataczała. Niezła jesień – beznadziejna wiosna – rozstanie z odtrącanym rozgrywającym Obraniakiem i eksperymentowanie z nierozgrywającym Majewskim – nagłe odwołanie się do zaginionego w akcji Klicha, młodego Zielińskiego i Szukały – rezygnacja z jednego defensywnego pomocnika – poprawa gry w ataku, a zarazem utrzymanie rozgardiaszu w grze obronnej. Tak wyglądało to dotychczas, teraz trener Fornalik znów zboczył, odkurzając graczy, których albo pozbył się w trakcie kwalifikacji, albo nie interesował się nimi wcale. Gdyby mu się powiodło, mielibyśmy awans wywalczony w stylu pijanego mistrza.

Zwłaszcza za wygrzebanie z Sewastopola Mariusza Lewandowskiego selekcjoner nasłuchał się epitetów – na eliminacyjne finały znienacka wziął (i zamierza wystawić!) przecież 34-latka, którego wcześniej nie zaszczycił choćby sparingową wprawką. Czy to jednak wybór nielogiczny? Zaciągający już wschodnim akcentem, od 13 lat grający na Ukrainie Lewandowski świetnie zna rywali, ale przede wszystkim w tamtejszej lidze mieści się, jak zauważył Andrzej Gomołysek z serwisu Taktycznie.net, w ścisłej czołówce najczęściej przechwytujących i odzyskujących piłkę. Czyli skutecznie działa tam, gdzie w reprezentacji Polski skutecznie nie działa nikt od wielu lat. To powołanie było ruchem selekcjonera, nie trenera. Wezwaniem człowieka, by wykonał konkretne zadanie, tu i teraz.

Jest też Lewandowski graczem z charakterem. Fornalik chyba wyczuł, że w szatni brakuje ognia, stąd powrót do Marcina Wasilewskiego. I jeśli mamy się łudzić, że reprezentacja przynajmniej zakończy eliminacje z godnością – na razie pokonała tylko Mołdawię i San Marino – to resztek nadziei szukałbym właśnie w tym, że na Ukrainę napadną piłkarze wreszcie rozzłoszczeni notorycznym dawaniem ciała.

By zwyciężyć, Polacy musieliby prawdopodobnie wydusić z siebie mecz, jakiego pod Fornalikiem nie wydusili. Musieliby stać się grupą diametralnie inną niż dotąd, zwłaszcza że i przeciwnik spotężniał – jest rozpędzony, świadomy stawki, zbudowany bezdyskusyjnym 3:1 w Warszawie. A przecież taktycznej rewolucji nie będzie, przecież selekcjoner znów miał osławione pół jednostki treningowej, by rzeźbić organizację defensywną całej drużyny, przecież nikt z kadry nigdy nie wspomniał, by Fornalik go porwał. Można wierzyć chyba tylko w piłkarzy. W ich zryw. W ich wyobraźnię – gdyby tuż przed 40. rocznicą wiadomo czego znów mieli lecieć na Wembley po awans, Polskę znów, przynajmniej na kilka dni, ogarnęłoby futbolowe szaleństwo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s