Milan, przez przeszłość do przyszłości

Clarence Seedorf, AC Milan

Nastrój ogarnia mnie szampański, najchętniej natychmiast rozpluskałbym się w euforycznych rozważaniach, czy Clarence Seedorf będzie kolejnym wybitnym piłkarzem, który został wybitnym trenerem.

Od zawsze czytałem i słyszałem, że urodził się, by rządzić. Wedle legendy już po przedszkolu panoszył się jak pan dyrektor, rozsądzając wszelkie spory o zabawki i pocieszając płaczących za rodzicami; w wieku 12 lat pouczał trenera Ajaxu, że piłki należy pompować ustami, jak w jego rodzinnym Surinamie; cztery lata później w amsterdamskiej szatni nazywali go „dziadkiem”; w Milanie mówili o nim – już przywoływałem ten cytat – że „wypowiada się w 10 proc. jak piłkarz, w 20 proc. jak trener i w 70 proc. jak dyrektor generalny”. Wszędzie uchodził za nadprzeciętnie inteligentnego, świadomego taktycznie, charyzmatycznego, niemal filozofa. Pracował pod Louisem van Gaalem, Fabio Capello, Juppem Heynckesem, Guusem Hiddinkiem, Carlo Ancelottim i Frankiem Rijkaardem, jak nie liczyć, to grono na miarę ośmiu Pucharów Europy. We włoskim klubie już ładnych parę sezonów temu rodził się plan, by w przyszłości powierzyć mu funkcję menedżerską. Nie ustalono jedynie, jaką, choć dla poszerzania kompetencji Holender spotykał się akurat z Philem Jacksonem – legendarnym trenerem koszykarzy Chicago Bulls i Los Angeles Lakers. To wszystko sprawia, że nie wypada więzić go w ciasnym pojęciu trenerskiego żółtodzioba. Owszem, w Milanie debiutuje, ale wypada podejrzewać, że czuje się, i ma prawo się czuć, wyjątkowo przygotowany do nowej roli.

Niestety, najpierw Seedorf musi zwyczajnie przeżyć. On nie wchodzi do szatni, lecz wdeptuje w sam środek totalnej rozpierduchy, w towarzystwo zdołowane, gdzieniegdzie naznaczone zaburzeniami osobowości, pozbawione spójnej strategii, spętane jednym rozkazem – oszczędzać. Kiedy nowy trener zobaczy na pierwszych zajęciach, jak niewiele dziś trzeba umieć, by ubrać się w kolory Milanu, grozi mu poznawczy wstrząs.

Sprzyja Holendrowi co najwyżej tyle, że w przeciwieństwie do wylanego w poniedziałek Massimiliano Allegriego, właściciel Silvio Berlusconi go nie tylko akceptuje – poprzednika nawet nie tolerował – ale jeszcze uwielbia. I sam go wybrał, a włoscy komentatorzy bez wytchnienia przypominają, że upadły premier ma intuicję do trenerów – przez ćwierćwiecze rządów wskazał ledwie dwóch, Arrigo Sacchiego oraz Fabio Capello, i obaj podbijali Puchar Europy.

Co jeszcze zastanie Seedorf? Szurniętego Mario Balotellego w eksponowanej roli pierwszego talentu, z którym problem może być także wtedy, gdy Milan zechce się od niego uwolnić, ale żaden poważny klub nie zaoferuje kozetki. Starzejącego się w oczach bramkarza i podziurawioną linię obrony, w której w dłuższej perspektywie rokuje chyba tylko Mattia De Sciglio. Drużynę bez tożsamości, nie mającą pojęcia, jak zamierza grać. Trybuny coraz bardziej wrogie władzom klubu, już demonstrujące nieufność wobec nowego trenera (on ani razu nie naraził się tylko temu, z kim nie miał kontaktu). Budżetową nędzę – boleśnie obnażającą brak porządnego skautingu, niezbędnego przy ograniczeniach finansowych. Wojnę domową na szczytach, rozpętaną przez córkę właściciela, która postanowiła obalić wieloletniego zaufanego ojca, znakomicie zasłużonego Adriano Gallianiego. W Barbarze Berlusconi – przede wszystkim szefową bez klasy (przynajmniej na razie), publicznie poniżającą podwładnych (sposób zwolnienia Allegriego). To nie są standardy, do których przywykł Seedorf – typ o naturze mocno konfrontacyjnej, jeszcze raz podkreślmy – to jest opowieść bez głównego wątku, z dygresjami w większości przygnębiającymi.

A nie wystarczy powiedzieć, że planów trenera nie znamy, należy jeszcze dodać, że nieprędko zacznie je realizować. Teraz ponoć doraźnie wróci do ustawienia z czasów Ancelottiego (Kaká bliżej napastnika, Honda jako trequartista, Montolivo cofniętym rozgrywającym w typie Pirlo etc), dopiero latem ma wykuwać własny projekt, dopiero wówczas ma powstać jego autorski team z precyzyjnym podziałem obowiązków – Seedorf zajmie się pracą z pomocnikami, Jaap Stam poedukuje obrońców, Hernan Crespo przejmie napastników. Jeśli przy nich stanie jeszcze opiekujący się juniorami Filippo Inzaghi, to nam stanie – przed oczami – ostatnia wielka drużyna Milanu.

I ujrzymy jedyny powód, by fanów mógł dziś nieść entuzjazm. Zvonimir Boban ponoć wzdychał, że klub z San Siro stracił duszę, ja bym uściślił, że stracił elegancję, prestiż, profesorską powagę, maniery wyższych sfer. Gdyby nie wrócił Kaká, w szatni nie byłoby już w tym sezonie nikogo, kto zasłużył się dla największych europejskich triumfów. Brazylijczyk ożył – szału nie ma, ale jest więcej niż miało być – teraz jeszcze szlachetności miejscu doda Clarence Seedorf. Jego nie ośmielą się wykopać z roboty w najpodlejszym trybie pezetpeenowskim, czyli przez telewizję.

Chyba że się łudzę, zwiedziony urokiem chwili.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s