Arsenal oblężony, Anglia poznaje świat

Oblężony od lat, niemal sezon w sezon. Kiedy w Lidze Mistrzów przychodziła wiosna, napadali na londyńskich piłkarzy najpotężniejsi. Aż nadciągnął najpotężniejszy wśród nich – Bayern. Dziś.

Na dobrą sprawę Anglicy mogliby pomyśleć, że przed londyńczykami wyzwanie wybitnie na miarę ich możliwości. W 2013 roku piłkarze Bayernu wygrali w Lidze Mistrzów 11 z 13 meczów, ale obie wpadki przytrafiły im się akurat w meczach z przedstawicielami Premier League – Arsenalem (wiosną) oraz Manchesterem City (jesienią). Prosty wniosek „umiemy z nimi grać” odpowiadałby osławionej mentalności wyspiarzy: ciągle im się zdaje, że za kanałem La Manche grasują sami barbarzyńcy, a kiedy jednego wpuszczą, to patrzą osłupiali, że nie tylko nie wydłubał sobie widelcem oka, ale jeszcze nożem do polędwicy nie kroi ryby. I kombinują, że to pewnie wyjątek.

W futbolu intensywnie jednak z izolacjonizmu wychodzą. Zachłysnęli się bezkresnym bogactwem ligi hiszpańskiej, odkrywając – w importowanych Macie, Silvie, Cazorli czy nawet Michu – że piłkarze wyjęci z klubów poniżej poziomu Barcelony i Realu będą u nich wirtuozami. A potem uklękli przed Bundesligą – odkąd w ostatnim finale Ligi Mistrzów oddali londyńskie Wembley jako scenę dla Bayernu i Borussii, nieustannie sławią w niemieckim modelu niedościgniony wzór dla reszty świata. I dziś monachijczyków witają z atencją godną ich majestatu, onieśmieleni, niemal ulegle.

Nawet analizy pod hasłem „jak pokonać Bayern” nie składają się z konkretnych rad, lecz wątpliwości, czy londyńczycy powinni wypowiedzieć gościom wojnę na pressing daleko od własnej bramki, czy raczej cofnąć się i liczyć na szybkość skrzydłowych. To odróżnia obecną drużynę trenera Pepa Guardioli od prowadzonej przez niego również niezwyciężonej Barcelony sprzed kilku sezonów – wtedy rywale przynajmniej się orientowali, jak z nią grać (choć szanse na sukces nadal mieli niewielkie), teraz nikt taktycznego szablonu na faworyta nie wypracował. Monachijczycy czujnie reagują na przebieg wydarzeń, są zdolni do silnych modyfikacji swego sposobu gry, mają wiele równie groźnych twarzy.

W całej Europie jest tylko jeden klub z dłuższą passą ligowych zwycięstw (Celtic Glasgow, upadek Rangers zmienił szkocki duopol w monopol), ale wrażenie robi nade wszystko totalność bawarskiego panowania w każdym kolejnym meczu. Jeśli wierzyć danym z serwisu Whoscored.com opisującego statystycznie pięć czołowych lig na kontynencie, Bayern wyróżnia się w niemal każdej kategorii: oddaje najwięcej strzałów (średnio 19,2 w kolejce) i najwięcej strzałów celnych (8), naturalnie najdłużej trzyma piłkę (70,4 proc. czasu gry, aż cztery punkty procentowe przewagi nad Barceloną), dokładnością podań (88,5 proc.) ustępuje jedynie Paris Saint-Germain, liczbą udanych dryblingów (20,2) – Borussii Mönchengladbach, a wyrażaną kartkami (żadnej czerwonej) czystością gry – Cardiff City. Odzwyczaił też fanów od śledzenia gry z tętnem wyższym niż spoczynkowe, bowiem prowadzenie obejmuje po kilku minutach gry, w najgorszym razie ociąga się kwadrans z okładem. I potem już tańczy na pełnym luzie. Gdyby nie niedawny mecz w Stuttgarcie – jedyny od połowy grudnia skażony utratą bramki – wygrywaliby monachijczycy wprost bezszelestnie. A przecież nawet tam wieczór zakończyła erupcja emocji wyłącznie pozytywnych, zwycięskiego gola wbił bowiem w 90. minucie Thiago Alcântara po pięknej powietrznej akrobacji.

Im bardziej staje nam przed oczami, co wyprawiają futboliści obracający się wokół stóp cofniętego rozgrywającego Philippa Lahma – w razie ponownego triumfu w rozgrywkach będzie chyba promowany do Złotej Piłki – tym głośniej winniśmy mitygować wszystkich, którzy zbyt hałaśliwie wypominają Arsenalowi mierny dorobek w Champions League. Rok 2014 – wpada w 1/8 finału na rozszalały Bayern; 2013 – też wpada w 1/8 na Bayern; 2011 – ta sama runda, przeciwnikiem późniejsza triumfatorka Barcelona; 2010 – również Barcelona, tym razem „dopiero” w ćwierćfinale. Chyba nikogo w minionych latach losowanie nie traktowało brutalniej.

Inna sprawa, że londyńscy fani mają prawo grymasić. Klub z najdroższymi od dawna cenami biletów znów je podniósł, aż sprowokował Bayern do decyzji, by znacznie dofinansować swoim kibicom wyprawę na stadion Emirates. Tutaj też cała Bundesliga chce służyć za wzór – monachijczycy sprzedawali karnety na sezon (być może historyczny, niesplamiony porażką!) nawet za 140 euro, najtańszy na Arsenal kosztował 1182 euro. Co przypomina, że liga angielska jest wyspą także dlatego, iż jako jedyna najpierw podbijała świat komercyjnie – rozwijając międzykontynentalny marketing, wyciskając rekordowe zyski ze sprzedaży transmisji, wyprzedając kluby obcokrajowcom. Niemcy postanowili rozpocząć od kolonizacji sportowej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s