Niemcy, ostateczna utrata reputacji

Właściwie dlaczego bukmacherzy, z konieczności najbardziej racjonalni i bezstronni wśród typujących, nie widzą faworytów mundialu w Niemcach? Dlaczego umieszczają ich dopiero na trzeciej, a nawet czwartej pozycji?

Nie tylko Antoni Piechniczek od lat naucza w swych przykominkowych orędziach, że selekcjonerzy drużyn narodowych zostali zmarginalizowani, to już wiedza powszechna – odkąd zgrupowania składają się ze strzępków treningów, żadna reprezentacja nie zdoła wyćwiczyć wyrafinowanego sposobu gry wymyślonego przez trenera. Stąd bezcenny atut wszystkich, którzy na mistrzostwa świata lub kontynentów przenoszą całe klubowe formacje lub lub wręcz całe klubowe szatnie. Stąd być może bezprecedensowa hegemonia Hiszpanii, którą napędzali artyści tamtej Barcelony – pretendującej do nieoficjalnego tytułu drużyny wszech czasów. Nasłuchaliśmy się w minionych latach, że selekcjonerowi Vicente del Bosque wystarczyło „nie zepsuć” dzieła stworzonego w laboratoriach katalońskiej tiki-taki i wzbogacić je o domieszkę wirtuozerii madryckiej.

Można by powiedzieć, że Joachimowi Löwa spadły z nieba te same skarby, gdyby nie to, że spadło mu ich nawet więcej.

Hiszpania wypożyczała (i wypożycza) z Barcelony filozofię gry, zbiorowe odruchy piłkarzy i niezmierzone pokłady talentu, ale nie mogła wypożyczyć czynnika najbardziej magicznego, wynoszącego Barcelonę w zupełnie inny wymiar, bez którego katalońscy kadrowicze mają prawo czuć się osieroceni – Leo Messiego. Niemieccy bohaterowie z Monachium za nikim większym od nich wszystkich nie zatęsknią – Bayern sunie na rywala ławą, łatwo nam przeoczyć nawet brak promowanego na głównego solistę Francka Ribery’ego.

Hiszpania w podstawowym składzie na finał MŚ 2010 wystawiła sześciu, a w składzie na finał Euro 2012 pięciu barcelończyków, tymczasem Niemcy mogą pomieścić monachijczyków wręcz siedmiu (Neuer, Lahm, Boateng, Schweinsteiger, Kroos, Müller, Götze), przed którymi biegać może jeszcze były monachijczyk, mierzący w snajperski rekord mundiali Miroslav Klose. A tam, gdzie obrońcy tytułu dosypywali zasobów madryckich, nasi zachodni sąsiedzi dosypują dortmundzkich, równie cennych (Hummels, Reus, ewentualnie Schmelzer).

Niewystarczająco harmonijnie? To spójrzmy na Löwa. Reprezentacją rządzącego od 2006 roku. A współrządzącego – od 2004. Jedynego trenera porównywalnie obznajomionego ze swoją szatnią przywiezie na mundial Urugwaj (w postaci Oscara Tabareza), natomiast obie reprezentacje faworyzowane prowadzą fachowcy, którzy zajęli się nimi przedwczoraj (Alejandro Sabella w Argentynie od 2011) lub wczoraj (Luis Felipe Scolari w Brazylii od 2012).

Gdyby sądzić tylko po umiejętnościach jednostek, to każdy z kwartetu najpotężniejszych – Brazylia, Argentyna, Hiszpania, Niemcy – ma wszystko, czego potrzeba, by zdobyć mistrzostwo świata. Gdyby jednak zmierzyć, ile czasu te jednostki uczyły się ze sobą współpracować i ile doświadczeń we wspólnej grze o stawkę zebrały, to potentaci z Ameryki Płd. znacząco ustępują europejskim – nie dość, że trenerzy Scolari i Sabella pracują wyraźnie krócej, to jeszcze zbierają piłkarzy z mnóstwa różnych klubów (i lig). Trudno u nich wypatrzeć choćby całe klubowe formacje (jak defensywny blok Juventusu przenoszony do włoskiej kadry), ba, selekcjonerzy nie przejmują nawet klubowych trójek.

Im bardziej będziemy analizować okoliczności, tym bardziej Niemcy powinni wyglądać na naturalnych kandydatów do złota. Tylko oni łączą w sobie wszystkie główne atuty: najwyższe zgranie, najwyższą klasę piłkarską, pewność siebie uzyskaną dzięki sukcesom w Lidze Mistrzów, przemożny głód sukcesu w reprezentacji. Ale świat im nie ufa, zrobili ostatnio zbyt wiele, by pozbyć się złowrogiej aury bezlitosnych wygrywaczy, drużyny, która ma wdzięk raczej betoniarki niż tancerki nawet nie tyle ze względu na styl, ile ze względu na mechaniczną wydajność, obojętną na zwykłe ludzkie przypadłości – od wywołanego presją stresu po wahania nastroju. Nastąpiła ostateczna utrata reputacji? Niemieckie stroje zakrywają duszyczki aksamitne, jak aksamitne są muśnięcia piłki przez Mesuta Özila, który miał wielkie triumfy reżyserować?

Ostatnie lata w futbolu reprezentacyjnym wyglądają jak totalna rozprawa z odwiecznymi prawidłami, stereotypami, przyzwyczajeniami. Niemcy i Włosi chcą się podobać, Holendrzy odkrywają cynizm i umieją zamienić mecz w brudną wojnę, Hiszpanie zleją każdego, i to po złośliwym, dającym złudne nadzieje 1:0. O upadku tradycji przypomniał zresztą dwumecz Bayernu z Arsenalem w Lidze Mistrzów – w Londynie karnego spartaczył Özil, w Monachium spartaczył Thomas Müller, to niemiecki obyczaj całkiem nowy, najwybitniejsi w historii spece od jedenastek coraz chętniej truchleją, gdy trzeba wykonać wyrok na bezbronnym bramkarzu (pamiętacie feralne kopnięcie Schweinsteigera z finału LM 2012?). Wydłuża się też opowieść o największym wśród trenerów specu od prawie zwyciężania – Joachim Löw brał medal już na trzech mistrzowskich turniejach, ale na żadnym złotego. Czwarty niezłoty to byłby wyczyn, jakiego nie widzieliśmy. Z ducha, nie bójmy się grubych obelg, holenderski.

A sławną definicję Gary’ego Linekera zastąpiłaby nowa, pobrzmiewająca zemstą na bezwzględnych Niemcach za wszystkie krzywdy, jakie wyrządzili reszcie ludzkości: „Piłka nożna to taka gra, w których Niemcy zawsze ładnie się starają, a na końcu zawsze wygrywają inni”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s