Czy diabeł wyjdzie z siebie

Rzuceni w ćwierćfinale Ligi Mistrzów pod stopy wszechpotężnego Bayernu Monachium piłkarze Manchesteru United powinni doskonale wiedzieć, skąd czerpać natchnienie.

Wleczesz się daleko za liderami ligi angielskiej, nikt nie wierzy w kompetencje trenera, marzysz, by ten sezon jak stypa czym prędzej się skończył, a tu w Champions League los skazuje cię jeszcze na obrońcę trofeum.

To wszystko przeżyła już Chelsea. Przeżyła aż do niezapomnianego, zwycięskiego finału. Wiosną 2012 r., gdy piłkarze, kierowani tymczasowo przez trenersko zielonego na najwyższym poziomie Roberto Di Matteo, człapali ku szóstej pozycji w Premier League – najniższej w erze Romana Abramowicza – zderzyli się w LM z Barceloną. Również, jak teraz Bayern, sunącą ku utrzymaniu panowania w najważniejszym europejskim turnieju.

A jednak londyńczycy faworyta zatrzymali. Cierpieli – każda minuta dwumeczu miała temperaturę straceńczej walki o przetrwanie – jednak wykorzystali specyfikę rozgrywek pucharowych, która pozwala pojedynczymi zrywami ocalić sezon. A ich też niewiele dzieliło od odpadnięcia już w 1/8 finału – w dwumeczu z Napoli. Jak przed kilkoma chwilami Manchester, który odrabiał dwubramkową stratę z Pireusu.

Analogie same pchają się przed oczy, ale są i różnice. Zasadnicze. Tamta Chelsea mogła pozostać sobą i zwyciężyć, ten Manchester musiałby wyjść z siebie.

Londyńczyków napędzała niezwykła siła woli Johna Terry’ego, Franka Lamparda i Didiera Drogby – niespełnionych weteranów, wielokrotnie boleśnie doświadczonych w LM, czujących, że wykonują ostatnią wspólną misję. To miała być ich ostatnia szansa na zdobycie trofeum. Oni potrafili być w pewnym sensie sami sobie trenerami, inspirowali partnerów tam, gdzie nie sięgał Di Matteo. W Manchesterze odpowiedników nie odnajdziemy – w stoperach Nemanji Vidiciu i Rio Ferdinandzie widzimy przyspieszony, transmitowany na cały świat proces starzenia, w środku pola w chwilach wyższej konieczności trzeba odwoływać się do ponad czterdziestoletnich nóg Giggsa, na którego naskoczą rywale tym bardziej nieprzyjemni w dotyku, że „katalońską” zdolność do dezorientującej wymiany podań łączą z tężyzną fizyczną. A Wayne Rooney, jedyny usiłujący porwać grupę, nie będzie miał nawet przy sobie kontuzjowanego Robina van Persiego, bohatera rewanżu z Olympiakosem.

Tamta Chelsea była też świadoma swoich ograniczeń, jej plan gry – głębokie wycofanie się pod własne pole karne – był wyrachowanym aktem pokory, którego celem nie było składanie hołdów, lecz przechytrzenie zatracającego się w ataku faworyta. Manchester wciągać w pułapkę nie umie. A przynajmniej nigdy nie zasugerował, że umie. Być może również z powodu spuścizny po Alexie Fergusonie, który tak opowiadał o tożsamości drużyny: – W obu przegranych finałach LM [z Barceloną – red.] mogliśmy mieć większe szanse przeciwko najlepszej hiszpańskiej drużynie, gdybyśmy grali bardziej defensywnie, ale wtedy dotarłem już do chwili, kiedy nie było sensu próbować wygrywać w ten sposób. Zastosowałem tę taktykę, by pokonać Barcelonę w półfinale w 2008 r., gdzie broniliśmy się bardzo głęboko – stanowiło to torturę dla mnie i piekło dla fanów. Później chciałem, żebyśmy wyglądali w grze przeciwko nim lepiej. Gdybyśmy się cofnęli i uważnie bronili, może udałoby się nam osiągnąć wyniki, jakich pragnęliśmy. Nie winię się za to. Żałuję, że nasze pozytywne podejście nie dało lepszych rezultatów.

Ze słów Fergusona wynika, że głębokie manipulowanie sposobem gry jego byłych piłkarzy wymagałoby głębokiej ingerencji w ich mentalność, tymczasem David Moyes dotrzeć do głów nie zdołał. Ba, w przeciwieństwie do kochanego przez kibiców Chelsea Di Matteo – pięknie zasłużył się dla klubu jako zawodnik – traktują go jak intruza, nad jego głową w trakcie meczu lata samolot powiewający płachtą z żądaniem dymisji trenera. Stamford Bridge było zjednoczone, Old Trafford jest podzielone. Poirytowane, sfrustrowane, w ekstremalnych przypadkach zgłaszające pretensje także do poprzedniego trenera.

Jeśli gospodarze dzisiejszego ćwierćfinału nie umieją zebrać się w sobie, to jak mają się dobrać Bayernu, który broni trofeum, ale nawet nie wie, czy szczyt już swój minął, czy dopiero go zdobywa? Pobita przed dwoma laty Barcelona według Pepa Guardioli zsuwała się w fazę schyłkową – prymat w kraju oddawała Realowi – a piłkarze Chelsea i tak potrzebowali do pełnego szczęścia Messiego pudłującego z rzutu karnego oraz mnóstwa innych sprzyjających drobiazgów (Katalończycy cztery razy obijali londyńskie słupki i poprzeczkę!). Monachijczycy zdążyli już obronić mistrzostwo Bundesligi, więc sobotnią kolejkę gier zrelaksowani Neuer, Lahm, Alaba, Müller, Robben i Mandzukić rozpoczynali już w rezerwie. Kłopot mają jeden – więzadła kolanowe naderwał Thiago Alcântara, lansowany przez trenera na pierwszoplanową postać drużyny. Ale to właściwie, wobec skali zamętu w Manchesterze, zaledwie kłopocik. Każdego rezerwowego pomocnika Bayernu Moyes zapewne chętnie zaprosiłby do podstawowej jedenastki.

Chelsea wiosną 2012 r. połączyła wzloty w najważniejszych klubowych rozgrywkach z najniższą pozycją w lidze krajowej, jaką zajął triumfator Ligi Mistrzów. Wcześniej, w erze Pucharu Europy, mieliśmy incydenty jeszcze bardziej skrajne – w 1975 r. zdobył go 10. w Bundeslidze Bayern, a w 1982 – 11. w lidze angielskiej Aston Villa. Wyobraźnia obecnych piłkarzy „Czerwonych Diabłów” raczej tak daleko nie sięga, a najbardziej szokują kursy u bukmacherów, którzy wypłacą zaledwie 1,11 za każdą złotówkę postawioną na awans monachijczyków. Wygląda to jak przestroga: módlcie się, żebyście na pożegnanie z Ligą Mistrzów nie zostali poniżeni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s