Polak, Anglik, dwa bratanki. O najbardziej klęskowej drużynie świata

Mundialowe wykopki Anglików przypomniały mi pogawędkę z polskim piłkarzem, który wyznał przed kilkoma miesiącami, na jaki wysiłek musi się zdobyć, by na wezwanie reprezentacji przyjechać z przynajmniej umiarkowanym entuzjazmem. Kojarzy mu się granie dla kraju z nieuchronnością klęski, zniechęcającą beznamiętnością zgrupowań, mordęgą wytworzenia na boisku czegokolwiek konstruktywnego, szyderczymi reakcjami sfrustrowanych kibiców. Pragnąłby sukcesu, ale im dłużej z kadrą jest, tym trudniej mu uwierzyć w jego realność. Angielskich piłkarzy podejrzewam o stan ducha podobny. Presję czują potworną, obrywają na każdym wielkim turnieju, potem leżących brutalnie kopią brukowce. Skalę zjawiska pierwszy raz doświadczyłem na mistrzostwach w 2002 roku – bramkarz David Seaman, który zawalił ćwierćfinał z Brazylią, w stadionowej strefie mieszanej płakał i przepraszał, a dziennikarze go lżyli.

W ogóle analogii polsko-angielskich, z czego już się zwierzałem, znajduję bez liku. Oni też wzdychają do pojedynczych reprezentacyjnych sukcesów sprzed dekad; też długo opierali nadzieje na irracjonalnych przesłankach; też oczekują, że ozłoci ich lokalny Maradona (z braku Lewandowskiego żądają unoszenia się nad murawą od Beckhama albo Rooneya); też po klęskach histeryzują; też rytualnie rozpaczają nad niedomagającym systemem szkolenia; też mają piłkarzy w klubach zwycięskich, a w kadrze osowiałych, wątpiących w siebie i zakompleksionych; też nie szukają selekcjonera możliwie najlepszego, lecz swojskiego albo zagranicznego, w zależności od aktualnego trendu; też cierpią na wszechogarniający niedowład rodzimej myśli szkoleniowej. Odkąd istnieje Premier League, ich trener nie zdobył ani jednego mistrzostwa swojego kraju. Znacie inny taki przypadek w Europie? Nie trudźcie się, nie znajdziecie.

Michael Ballack – były niemiecki piłkarz Chelsea, obecnie komentator „Timesa” – oskarża angielski futbol o brak tożsamości. Reprezentacja nie wypracowuje własnej filozofii gry – jakże wyrazistej u rywali z Niemiec, Hiszpanii czy Włoch – nie stanowi też całości, która dysponowałaby siłą będącą – w wersji minimum – sumą talentów tworzących ją jednostek. Jego tezy rymują się z wydeklamowanymi już po wielokroć skargami, że Anglię niszczy nienasycony kosmopolityzm ligi. Zasysającej resztę świata aż do zadławienia – wyprzedającą obcokrajowcom władzę w klubach, oddającą obcokrajowcom stanowiska trenerów i asystentów, zaludniającą obcokrajowcami szatnie i zespoły juniorskie. Dzieje się to wszędzie, w Anglii dzieje się bardziej. I Anglicy stają się u siebie mniejszością. Coraz drobniejszą mniejszością. Jakby duch dziejów wymierzał zemstę za imperialną przeszłość – kiedyś kolonizowała i „niosła cywilizację” Anglia, teraz kolonizują i niosą cywilizację Anglii.

To teoria banalna, pewnie po części także prawdziwa, ale na pewno nie wyjaśnia wszystkiego. Wyspiarski futbol jest najbogatszy, najpopularniejszy na planecie, podparty wspaniałymi tradycjami i imponującą stadionową frekwencją także w niższych ligach (powszechne przywiązanie do klubów to element tożsamości), napędzany wzbudzającymi zazdrość rozgrywkami ligowymi, które stać na spełnienie każdej zachcianki. Nie brakuje mu niczego, co niezbędne do utrzymywania arcymocnej, regularnie prężącej się na podium wielkich imprez reprezentacji kraju. A przecież prawie już nie pamiętamy, kiedy Anglicy pokonali nietowarzysko światową markę – ostatnio udało się z Argentyną, 1:0 po rzucie karnym Beckhama w 2002 r.

Do medalu nie zbliżyli się ojcowie założyciele futbolu i sławnych zagranicznych klubów od od 1996 r., choć co najmniej w półfinałach zabawiali się w tym czasie Chorwaci, Turcy (dwukrotnie!), Grecy, Czesi, Rosjanie… Ba, oni konsekwentnie się staczają, przecież na przedostatnie mistrzostwa kontynentu nawet się nie zakwalifikowali, na poprzednim mundialu wydłubali jedynie wygraną ze Słowenią, teraz skamlą na dnie tabeli bez punktu. Ideał sięgnął bruku. Nadal sądzicie, że nikt tak nie umie przerżnąć w piłkę jak Polska? To wyjdźcie ze swoich drewnianych chatek i rozejrzyjcie się po wielkim świecie, popatrzcie tam, gdzie futbol w sensie organizacyjno-marketingowo-finansowym osiągnął szczytowy poziom rozwoju. Oto Anglia, najbardziej klęskowa drużyna na planecie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s