Spełniony sen polskiego kibica

Grecja,. Fernando Santos, mistrzostwa świata w Brazylii, mundial 2014

Miałem sen, w którym reprezentacja Polski kopała z sensem. Tylko tyle – nie wygrywała z maniakalną regularnością, nie kolonizowała światów ani nie rewolucjonizowała futbolu, zaledwie kopała z sensem. Z szatni do tunelu wychodziła z drobiazgowo rozpisanym planem gry, zawsze pedantycznie go realizowała, jako drużyna zdawała się znacznie silniejsza niż obiecywała suma umiejętności jednostek. Zorganizowana, do bólu – cudzego bólu – rzetelna, bezlitośnie wykorzystująca każdy strzępek szansy. Ba, bezstronni obserwatorzy wściekle jej nie znosili, bo nie oferowała pożądanych wzruszeń estetycznych –  Polacy z upodobaniem zastawiali bramkę osławionym autobusem, a na wrogą zasadzali się głównie z rzutów wolnych i rożnych.

Autobus w naszym polu karnym – piętrowy, przegubowy, jakakolwiek landara, byle nie zdezelowana – to byłby wspaniały widok. Totalna organizacja zamiast tradycyjnego rozgardiaszu, bezhołowia i modlitwy o szczęśliwy traf. Zrzucenie starej skóry, wymyślenie siebie na nowo.

Oczywiście szybko zreflektowałem się, że śniłem o Grecji.

I to wcale nie o tej, która w 2004 roku wywołała sensację wszech czasów, zdobywając mistrzostwo Europy i skłaniając zniesmaczonych jej stylem gry pięknoduchów do wezwań, by Grecję zburzyć (copyright by Jerzy Pilch). Owszem, to też była wspaniała opowieść – uporczywe „zabijanie” gry, zanudzanie przeciwnika, nieustające modyfikowanie ustawienia, ćwierćfinał, półfinał i finał wygrywane 1:0, za każdym razem po wrzutce z prawej flanki i golu wbitym głową – ale nie tego zazdroszczę, jako kibic skazany na Polskę, reprezentacji spod Akropolu. Najbardziej zazdroszczę jej sposobu, w jaki wykorzystała sukces. Tego, że wynalazła siebie na nowo.

Starsi czytelnicy bloga pamiętają, że uchodził grecki futbol niegdyś za synonim chaosu, bałaganu, nieodpowiedzialności. Ja pamiętam z dzieciństwa. Chłopaki Piechniczka w eliminacjach MŚ ’86 wsunęły im trzy gole w Zabrzu i cztery a Atenach (ostatniego nie widzieliśmy, transmisja się zerwała), inni też im wsuwali jak chcieli, a w każdym razie wsuwali im znacznie więcej niż wsuwa się im w latach najnowszych, w latach najnowszych porywanie się na grecką defensywę jest zazwyczaj porywaniem się z motyką na Zeusa, zwłaszcza porywanie się we wszelkich eliminacjach – w dziesięciu grupowych meczach kwalifikacji mundialowych przyjęli ledwie cztery bramki, na własnych stadionach nie przyjęli żadnego, ach, jak to musiało kibiców zachwycać.

Inni kibice tej nietykalności helleńskiego pola karnego nienawidzą, ale niech sobie nienawidzą, Grecy są od tego, by wyrządzać krwawą krzywdę, oni się nie cackają, nie wdzięczą i nie popisują, nie trwonią energii na tanie efekciarstwo, oni twórczo rozwijają talenty, które odkrył w nich Otto Rehhagel, reżyser futbolowego końca świata z 2004 r. Jego następcy nie wyznaczono metodą losową – rzut oka na tabelę, komu tam ostatnio w lidze się ułożyło, sami wiecie, o co chodzi – zaufano Fernando Santosowi, trenerowi „zagranicznemu” – nomenklatura nadwiślańska, my rozróżniamy wyłącznie myśl szkoleniową rodzimą i obcą – lecz wielokrotnie lokalnie sprawdzonemu, wynajmowanemu przez AEK Ateny, Panathinaikos i PAOK Saloniki. A on nie usiłował wynaleźć koła, ten stary portugalski nudziarz przeniósł obyczaje z klubów i po prostu dłubał przy stałych fragmentach gry, polerował odruchy defensywne, czujnie reagował na specyfikę każdego przeciwnika i przebieg wydarzeń na boisku. Nie stękał o niedoborze legendarnych „jednostek treningowych” i ubóstwie greckich zasobów ludzkich, on wyciskał maksimum z minimum czasu na ćwiczenia i minimalnego potencjału piłkarzy.

Tak, wykorzystują Grecy potencjał jak chyba nikt w Europie. O renomie bohaterów Euro 2004 świadczy bitwa, którą o najlepszego gracza turnieju, Teodorosa Zagorakisa, stoczyły po jego zakończeniu Bologna i Levante (był do wzięcia za darmo!). A o aktualnych kłopotach trenera Santosa – kontuzje Kostasa Mitroglou oraz Kyriakosa Papadopoulosa, w zdrowiu prawdopodobnie kluczowych postaci drużyny. To nie jest kraj eksportujący talent do najbogatszych ani nawet prawie najbogatszych klubów, ale reprezentacja w elicie czuje się jak u siebie. Awansowała i na Euro 2008, i na MŚ 2010, i na Euro 2012, i na MŚ 2014, właśnie na drugim turnieju z rzędu przetrwała pierwszą rundę, oba poprzedziła eliminacjami, w których niemal nie traciła bramek, teraz jest najczęściej faulowanym uczestnikiem turnieju w Brazylii. Od lat trzyma się 11-14 miejsca w rankingu FIFA, czasem wpycha się do czołowej dziesiątki. Choć niekoniecznie zawsze gra perfekcyjnie taktycznie – na trwającym mundialu często wygląda najwyżej solidnie.

Przede wszystkim pielęgnują Grecy jednak swoją nową, niedawno nabytą tożsamość. W lidze też gole padają rzadziutko, reprezentacja gra tak, że prawie wszyscy chcieliby ją mieć jako własną, ale prawie nikt nie chciałby jej oglądać. Kiedy przed meczem z Wybrzeżem Kości Słoniowej prasa żądała, by Fernando Santos zmodyfikował poglądy i zaryzykował grę bardziej ofensywną, trener odparł, że jego drużyna nie może wyzbyć się swego DNA. „Grecja gra w ten sam sposób od 10 lat” – wyjaśnił.

Oto cytat, o którym bym marzył. Marzyłbym o selekcjonerze reprezentacji, który poirytowany wykłada szukającym dziury w całym pismakom, że polska kadra ma jakieś DNA i gra w ten sam sposób od 10 lat. Wcale nie zwycięża zawsze i wszędzie, ale pozwala mi rozpoznawać swoje kształty, daje się zdefiniować, opowiedzieć o sobie. Jest czymś, zamiast być niczym. Nie umiem uwierzyć, że tego dożyję, przy umysłowym niechlujstwie naszego futbolowego establishmentu zdaje mi się to tak realne, jak cała kolejka ligowa bez wygłoszenia przez nikogo kultowej analizy, że „mecz się nie ułożył”.

Przykład grecki teoretycznie mógłby dawać nadzieję. Mógłby ją dawać dlatego, że oni tam pod Akropolem, którzy też mieli naturę bazujących na zrywach powstańców, przeszli przemianę spektakularną, niegdyś nie do wyobrażenia. Ale metamorfozy by zapewne nie było, gdyby najpierw nie spadł im z nieba heroiczny wyczyn półbogów Rehhagela. To wtedy pojęli, że ekstazę można przeżywać także wtedy, gdy cały świat twojej drużyny nienawidzi. Niby odwraca wzrok ze wstrętem, porażony jej koszmarnym stylem gry, a w istocie ucieka zlękniony, że i jego piłkarzy, choćby najbardziej powabnych w gestach wirtuozów, los może skazać na greckie tortury. Pounurzałbym się w tej perwersyjnej przyjemności podglądania polskiej drużyny, który byłaby międzynarodowo wyklinanym czarnym charakterem, niestety, mogę tylko fantazjować, a fantazjować o reprezentacji Nawałki mi się nie chce, więc uroję sobie co innego. Oto Grecy prą od rundy do rundy brazylijskiego mundialu bez żadnej straconej bramki, żadnej również nie strzelają, masakrują kibicowską wrażliwość brutalnymi 0:0, królują wyłącznie w rzutach karnych, zostają najbrzydszym mistrzem świata w dziejach Drogi Mlecznej, organizacje broniące praw człowieka domagają się natychmiastowego wykluczenia jej z FIFA, wielotysięczne protesty wylewają się na ulice wszystkich europejskich metropolii…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s