Ziutek i Lutek, czyli szczęśliwe kopactwo polskie

Nie dajcie się omamić defetystom, wcale nie dzieje się beznadziejnie czy choćby źle, przeciwnie, nadwiślańska piłka nożna kwitnie. To perfekcyjnie funkcjonujące, stale się rozwijające i jedno z najbardziej dochodowych przedsięwzięć biznesowych w Polsce. A może wręcz, biorąc pod uwagę jakość oferowanego produktu, najbardziej dochodowe.

Spójrzcie na frekwencję podczas ostatnich meczów u siebie reprezentacji kraju, przecież gniotów nie do zniesienia. Show z Litwą – 33 tys., Szkocja – 42 tys., Irlandia – 31 tys., Słowacja – 41 tys., Czarnogóra – 45 tys., Dania ­– 35 tys. A na Ukrainę, w potwornie mroźny wieczór, przyszło aż 56 tys. naiwnych. Upał czy zamieć, o punkty czy ćwierćsparing, stolica Polski czy stolica Wielkopolski, chętni zawsze się znajdą. Bez nurkowania w statystyki wiadomo, że nie znajdziemy w świecie miejsca, gdzie tak wielu przychodzi tak często oglądać tych, którzy wygrali tak niewiele. W Europie tylko kilka potęg oklaskuje z trybun większy tłum.

Nic dziwnego, że ktoś zawsze reprezentację zasponsoruje. W najgorszym razie Cinkciarz.pl. PZPN od zawsze chełpi się imponującą kondycją finansową, choć – powtarzał to już prezes Michał Listkiewicz – „jako jedyny związek sportowy nie bierze jałmużny z budżetu państwa”. Powinien był jeszcze dodać, że cały ten interes chroni święta zasada – nie musimy spełnić żadnych wymagań, nikt nie zaszantażował nas żadnym minimum przyzwoitości, piłkarze mogą skopać piętami własne czoła, a szmal zawsze spłynie. Perpetuum mobile.

Czołowe kluby również puchną. Przywoływałem na Twitterze wzrost przychodów Legii Warszawa, nie tyle dynamiczny, ile kosmiczny. Rok 2011 – 67,6 mln złotych; rok 2012 – 89,9 mln; rok 2013 – 114,3. W dwa lata skok o 69 procent! Lech Poznań tyje wolniej, ale też tyje. Obie wielkie lokalne firmy stale uciekają finansowo tym wszystkim mniej lub bardziej prowincjonalnym rywalom, którzy zasadzają się na nich w rozmaitych na wpół przedwstępnych rundach kwalifikacji do eliminacji do europejskich pucharów. Ba, wielu nadwiślańskich ligowców z dołów tabeli, których nikt nie wpuszcza do międzynarodowego grania, nie schyliłoby się po piłkę za 8 tys. złotych – pensję najwyżej opłacanego kopacza z estońskiego Nõmme Kalju, wczoraj zbyt silnego dla wicemistrza Polski. A budżet półamatorskiego irlandzkiego St. Patrick, którego Legia ledwie wydarła remis, mógłby nie wystarczyć do utrzymania w tzw. ekstraklasie.

Mamony przybywa, odpowiedzialności wcale. Najpierw wysłuchiwaliśmy, że „nikt nie żąda awansu do Ligi Mistrzów” – bez nerwów, panowie piłkarze, spieszmy się powoli, to strategia rozłożona na lata – teraz wysłuchujemy, że nikt nie oczekuje widowisk w ostatniej fazie eliminacji – trzeba dbać o wrażliwe wnętrza legijnych gwiazd, niech ich nie pożre presja, oszczędźmy im stresu i zgryzoty, dmuchnijmy i chuchnijmy, na pełnym luziku gra się przyjemniej. Trener Lecha też nie wpada we wściekłość po skandalicznym numerze wywiniętym przez poznaniaków w Estonii, on wszystko przyjmuje na spokojnie, wyjaśni nawet awanturującym się, że nie ma mowy o kompromitacji. Gdyby nie szydera w internetach i na trybunach, luksusowo wynagradzani zawodowcy z naszych największych przedsiębiorstw futbolowych pewnie nigdy nie usłyszeliby, że cokolwiek spartaczyli. Zresztą i tak mogą puścić pojękiwania pieniaczy mimo uszu, wszak właśnie startują rozgrywki w ich własnej zagrodzie, tutaj Lutek wygra z Ziutkiem albo odwrotnie, to właściwie kwestia drugorzędna, zarobią obaj. I podelektują się światową oprawą. Telewizje elegancko transmitują, w lożach z foie gras w menu zasiadają eleganccy panowie, sezon podsumowują eleganckie gale, mistrzowie świętują tytuł w eleganckich otwartych autobusach – jak Real Madryt.

Wyczynowcy importowani też się prędko orientują, że czy się stoi, czy się leży, to kontrakcik się należy, więc w szkodliwym napięciu nerwowym nie żyje nikt, to jest raczej beznamiętne odbijanie karty na zakładzie. Na zakładzie, czyli na efektownych stadionach – też czołówka europejska, mówiłem, że interes się kręci – o których przeciwnicy z europejskich pucharów nie umieją nawet marzyć.

Zawsze rozumiałem, dlaczego polskie drużyny przegrywają. Rozumiałem to, gdy były intelektualny lider naszego myśli szkoleniowej Jerzy Engel w polemice wytykał mi głównie niewłaściwą fryzurę, rozumiałem to przedwczoraj, gdy jego następca Stefan Majewski żołądkował się, że dziennikarze ośmielają się tytułować Roberta Warzychę trenerem, choć ten nie dostał świętego PZPN-owskiego glejtu, zwanego szumnie licencją – to dla związkowego dyrektora naczelny problem kopactwa polskiego. Ale właśnie dotarliśmy do momentu, w którym przestaję klęski pojmować. Owszem, u nas – pod względem sportowym – nie działa nic, ale czy w meczach z estońskim Kalju lub dublińskimi półamatorami nie schodzimy już na pułap, na którym nasi powinni wygrywać nawet na rozsadzającym łeb wszechkacu? St. Patrick wypuściło na boisko przy Łazienkowskiej kopaczy niewydarzonych, upiornie biedzących się z piłką przy każdym kontakcie, widzieliśmy, że ustępują legionistom technicznie, pewnie żaden nie zmieściłby w warszawskiej rezerwie. Wyglądali tak nędznie, że nawet taktyczne inwalidztwo gospodarzy nie powinno – tym drugim, faworytom – fundamentalnie zaszkodzić. Ten mecz świetnie opłacanym pracownikom przedsiębiorstwa Legia Warszawa wypada wygrywać samym wysiłkiem woli.

Wciąż sądzę, że mistrzowie Polski wygramolą się do następnej rundy. Wicemistrzom też daję szanse. Ale ich dwumecze nie mają prawa być morderczymi bataliami, to wyzwania na miarę przystawienia stempla przez urzędnika, przylepienia znaczka na kopertę przez pana z okienka na poczcie, znalezienia właściwego adresu przez taksówkarza. Niżej zawieszonej poprzeczki, mówiąc narzeczem ligowym, być już nie może, bo ta nie wisi, lecz leży. Uderzające, że bohaterowie tzw. ekstraklasy nie obawiają się nawet wstydu. Nie tylko psychologowie widzą w nim potężną siłę, już Rousseau pisał, że „nie najciężej wyznać, to co w nas zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne”. Piłkarze obciachu nie czują prawdopodobnie nigdy, wiodą żywot sielski i anielski, a ewentualne odpadnięcie z europejskich rozgrywek jeszcze jego standard podniesie – zwolni z udręki wypraw na zagraniczne wygwizdowo, gdzie stadiony wyglądają znacznie poniżej przyzwyczajeń światowca z Poznania czy Warszawy. I będzie można znów w pełni skupić się na tzw. ekstraklasie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s