Brazylię już rozjuszyliśmy, trzeba ją jeszcze pokonać

Mariusz Wlazły, Polska - Niemcy. Fot. Kuba Atys  Orlen

Rozczulającą naiwność niemieccy siatkarze ujawnili przede wszystkim w ostatnich mgnieniach drugiego seta, którego zapewne by wzięli, gdyby nie przełożone przez siatkę dłonie Maxa Günthora. Oni wyfrunęli na mistrzostwach świata znacznie powyżej swoich przyzwyczajeń i to się czuło, nawet jeśli stawiali bardzo twardy opór i nałykaliśmy się mnóstwo stresu. Umieli nawet dojść do remisu z wyniku 10:17, choć wielu – w tym niżej podpisany – przypuszczało, że Polacy zrobią dziś Niemcom to, co Niemcy zrobili Brazylii w półfinale mundialu piłkarskiego.

Dla Polaków dzisiejszy mecz miał być trochę jak nagroda za wszystkie niebezpieczeństwa, z którymi uporali się dotychczas. Odkąd przed kilkunastu laty wrócili na prestiżowe imprezy, jeszcze nie zdarzyło im się zderzyć ze wszystkimi największymi. Bo jeśli zza siatki naskakują na ciebie Brazylia, Rosja, USA, Włochy, Serbia i Francja, to znaczy, że przeżyłeś wszystko. A nasi ulegli tylko Amerykanom. Bardziej „zasłużyć” na awans do strefy medalowej się nie da.

Jak po takich przygodach mieliśmy obawiać się przeciwnika, który medalu nie zdobył – pomijam zamierzchłą przeszłość enerdowską – nawet na mistrzostwach kontynentu? Którego przyjmujących zatrudniają lub zatrudniły właśnie polskie kluby, i to poza Jastrzębiem bardzo przeciętne? Który pokonanym przez polskich siatkarzy Brazylijczykom, Rosjanom i Francuzom nie potrafił urwać choćby secika? Nawet zwalista postać György’ego Grozera, pomimo onieśmielającej potęgi jego ataku, mogła świadczyć na niekorzyść Niemców w tym sensie, że pokładanie wszelkich nadziei w jednym soliście to w siatkówce raczej cecha drużyn słabych. Z czego Polacy zresztą skwapliwie skorzystali. Z 32 zbić Grozer uciułał ledwie 12 punktów.

Jutro nasi siatkarze odbiorą kolejne nagrody. Po pierwsze, zostaną udekorowani medalami. Po drugie, mają wszystko, by dostąpić zaszczytu zdetronizowania panującej od trzech mundiali Brazylii. We własnej hali. Takiej frajdy nie doświadczyły nawet legendy Huberta Wagnera.

Obwołać Polaków faworytami nie umiem, choć wciąż majaczy mi przed oczami triumf z wtorku. Wieloletnia nietykalność Brazylii nigdy nie oznaczała, że rywale nie byli jej w stanie nawet skaleczyć. Przeciwnie, na każdych złotych MŚ objawiał się ktoś, kto ją rozjuszył. W 2010 r. uległa w pierwszej rundzie Kubie. W 2006 r. – Francji, też w pierwszej rundzie. W 2002 r. – Amerykanom, oczywiście w pierwszej rundzie. Kiedy jednak padała, wzruszaliśmy ramionami, zdając sobie sprawę, że przegrywa z roztargnienia, ewentualnie szuka dodatkowej motywacji, by wzbić się na swój najwyższy poziom. I po drobnym niepowodzeniu już do końca turnieju fruwała jak natchniona, szalejąc zwłaszcza w finałach. W przedostatnim oddała w setach odpowiednio 12, 22 i 17 punktów. W ostatnim – 22, 14, 22. Brazylijczycy nie wygrywali, oni przeciwników wysadzali w powietrze.

Teraz też się potknęli, nogę podstawiła im Polska. Ale wstali błyskawiczne, nazajutrz po wycieńczającym mentalnie 2:3 – pamiętamy pomeczową zadymę – zestrzelili z boiska Rosję. I w półfinale przepchnęli Francję. Walczącą, lecz w rozstrzygających chwilach bezradną. Wszystko razem wygląda na scenariusz typowy. Najpierw Brazylia się zapomni i przegra, następnie rywale nabierają nadziei, aż wreszcie „Canarinhos” gwałtem sprowadzą ich na ziemię.

Okoliczności oczywiście się zmieniły. W kanarkowych strojach oglądamy generację graczy uboższą w talent niż poprzednie, a jej lider Endres Murilo poprzestaje właściwie wyłącznie na uwijaniu się przypodłogowym – w serwisie i obronie – nie zbija niemal wcale. Nie powinniśmy się jednak łudzić, że na niedzielny finał wyjdzie tamta zestresowana Brazylia z wtorku. Wyjdzie inna i personalnie (ze odzyskanymi wspomnianym Murilo oraz atakującym Wallacem), i mentalnie. Dysząca żądzą rewanżu, podekscytowana blaskiem finału, dotykająca już bezprecedensowego w siatkówce czwartego z rzędu tytułu mistrza świata. Z poirytowanym rozgrywającym Rezende juniorem, który obwołał dzisiaj Michałą Kubiaka największym chuliganem, jakiego spotkał na boisku. I z trenerem wszech czasów Rezende seniorem, który idzie po 32. złoto i 52. medal w selekcjonerskiej karierze. Nie zanosi się na powtórkę łatwo oddanego finału sprzed ośmiu lat, zanosi się na wieczór wściekłej awantury o każdą piłkę. Zwłaszcza że Polacy nie wyglądają przy rywalach całkiem na nowicjuszy – tamten mundial mają w dorobku Wlazły, Winiarski i Zagumny, tymczasem wśród Brazylijczyków jedynie Murilo.

Wszystko to nawet logiczne – jeśli chcesz strącić z tronu panującą od wieczności Brazylię, to musisz położyć ją dwukrotnie. Jeszcze jeden mecz dzieli Polaków do przejścia do legendy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s