Niemcy jako klęska żywiołowa

Niemcy jako klęska żywiołowa

Z mlekiem matki Polki wysysamy wiedzę, że niemieccy piłkarze dręczą naszych przy – dosłownie – każdej nadarzającej się okazji, ale zarazem często racjonalizujemy sobie ich krwiożercze skłonności, uspokajając się, że wcale nie torturują naszych ze szczególnym okrucieństwem, że Niemcy generalnie zawsze i wszędzie tłuką wszystkich, może nawet – trzeba by dokładniejszych badań terenowych – jeszcze nigdy z nikim nie przegrali żadnego meczu. Niestety, tkwimy w grubym błędzie, nawet pobieżne oględziny dorobku aktualnych mistrzów świata prowadzą do odkrycia, że jest wręcz przeciwnie.

Spojrzałem na ich globalne bilanse gier z futbolowymi supermocarstwami i natychmiast mi zmaleli. Brazylia? Ledwie 5 zwycięstw przy aż 12 klęskach. Argentyna? Też ujemnie, stuknęli ją 8 razy, sami oberwali aż 10. Z Włochami już kompletna katastrofa, przegrywają dwukrotnie częściej, niż wygrywają, na minus wychodzą też w starciach z Francją czy pozującą na potęgę Anglią, tylko z Hiszpanią zdołali wyścibolić plusik – naprawdę minimalny, krążą raczej wokół remisu. Sprawdziłem też, jak traktowali przeciwników, na których wpadali tak często lub prawie tak często jak na Polskę, usiłowałem wytropić kogokolwiek innego, kto pomimo intensywnych starań również nigdy Niemców zadrasnął, wysilałem się oczywiście na próżno, nasi wredni sąsiedzi pozwolili się skopać i Bułgarom (trzykrotnie!), i Rumunom, i Belgom, i Duńczykom (ośmiokrotnie), i Finom, i północnym Irlandczykom oraz Walijczykom, ba, zagapili się nawet swego czasu w meczu z maleńkim Luksemburgiem. Tylko naszym nie okazali łaski nigdy, nie oddali choćby najbłahszego sparingu, tutaj naprawdę nie może być żadnych wątpliwości – oni na Polskę zasadzają się specjalnie.

***

Być może powinienem pododawać felietonowo otuchy, przekonując siebie i czytelników, że zderzamy się z teutońskimi ciemiężycielami w idealnym momencie. Przywołać kliszę o zrelaksowanym mistrzu, który musi się wielkim triumfem – tu: czwartym złotem mundialu – nacieszyć, zanim ponownie uruchomi tryb wytężonej pracy; o przerżniętym we wrześniu sparingu z Argentyną, który tezę o domniemanym odprężeniu w niemieckiej szatni potwierdzał; o rozstaniu z reprezentacją małego tłumu jej ikon, od kapitana Philippa Lahma po goleadora Miroslava Klose; o długiej liście niemieckich kontuzjowanych; o wyjątkowej, mam nadzieję, mobilizacji polskich piłkarzy, którzy w sobotę na Narodowym staną przed szansą na przejście do historii, podczas gdy rywale wyjdą na byle meczyk do odbębnienia. Niestety, palce wystukiwać straceńczych zaklęć nie chcą, wątlejsze psychicznie jednostki niech czym prędzej odrzucą ten tekst, nadziei nie ma, gdy myślę o Niemcach, umiem jedynie siać defetyzm.

Nie dość bowiem, że zawzięcie i stronniczo zasadzają się akurat na naszych, to jeszcze generalnie ich sparingowe roztargnienie znika, gdy poczują, że gra idzie o stawkę i jest konkretna robota do wykonania. Niemal wszystkie minusy w bilansach z potęgami zmieniają się na plusy, gdy tylko zawęzimy kryteria wyszukiwania do imprez rangi mistrzowskiej bądź rozgrywek niezbędnych, by do tych imprez awansować.

W kwalifikacjach do wielkich turniejów Niemcy nie przegrali od 2007 roku, w którym dali się zbić 0:3 Czechom – Czechom, naturalnie, naszym by na pewno szubrawcy nie odpuścili – z 30 ostatnich meczów eliminacji mistrzostw świata lub Europy wygrali aż 27, pozostałe trzy remisując, w dodatku ostatnio zremisowali w zbyt osobliwych okolicznościach, by miały się powtórzyć akurat na boisku reprezentacji Polski, czyli rywala służącego im za woreczek treningowy. Gdy mianowicie pruli po awans na ostatni mundial, wielobramkowo rozdeptując kolejnych przeciwników, przysnęli w końcówce meczu ze Szwecją – było rozluźniające 4:0, wieczór zdawał się rozstrzygnięty, Skandynawowie wyrównali w ostatnie pół godziny. A w kwalifikacjach do Euro 2012 wygrywali Niemcy WSZYSTKIE mecze. Słowem, jeśli zapomnieć im tamto nagłe szwedzkie odrętwienie, ich zwycięska eliminacyjna passa rozciąga się na 19 meczów, udekorowanych przytłaczającym stosunkiem bramkowym 66-13. Walka z Niemcami przypomina walkę z klęską żywiołową, możesz co najwyżej ograniczyć straty.

***

Polscy piłkarze wkraczają zatem w strefę mroku, kto się jeszcze nie poddał i nie zaczął błagać o litość, niech wie, że rywale wypadają imponująco nawet w porównaniu z niemieckimi reprezentacji starszych generacji – selekcjoner Joachim Löw wygrywa wyższy odsetek meczów niż jakikolwiek jego poprzednik, a półfinałowe 7:1 z Brazylią na mundialu skłoniło co śmielszych komentatorów do sugestii, iż najnowszy nationalmannschaft wolno obwołać najwspanialszym w dziejach.

Innym pewnie przewróciłoby się w głowach, ale w niemieckiej naturze akurat to nie leży, przeciwnie, nasi zachodni sąsiedzi zwyciężają zbyt regularnie, by podejrzewać ich o arogancję i lekceważenie jakiegokolwiek przeciwnika. Autor wydanej niedawno po polsku historii niemieckiego futbolu („Tor!”) nie może się nadziwić, że świat oskarża niekiedy o nadmierną butę piłkarzy, których nie stać byłoby na tak nieludzką systematyczność, gdyby cierpieli na manię wielkości i wychodzi na boisko przekonani, że mecz się wygra sam. Uli Hesse twierdzi wręcz, że jego rodacy zarozumialców nie tolerują, dlatego zadzierający nosa gracze są niezbyt popularni, nawet jeśli byli postaciami formatu Beckenbauera, Effenberga czy Matthäusa. Gdyby jakiś oporny czytelnik wciąż nie dał się przekonać, jeszcze jedna statystyka – sobotni rywale przez wszystkie dekady gry w eliminacjach MŚ przegrali ledwie dwa mecze. Każdej innej potędze zdarzają się głupie wpadki, im się nie zdarzają i basta.

***

Niemcy wylądują zatem w Warszawie wniebowzięci, natomiast gdybyśmy chcieli zhierarchizować wszystkie nasze reprezentacje, współczesną musielibyśmy umieścić prawdopodobnie na historycznym dnie. Odkąd zdemontowaliśmy komunizm – upłynęło już ćwierć wieku! – piłkarze tylko raz zdołali pokonać w meczu o stawkę rywala zaliczanego do ścisłej światowej czołówki, cud ten zdarzył się oczywiście jesienią 2006 roku, gdy natchnieni Polacy rozprawili się z Portugalią. Od tamtej pory staczają się z eliminacji na eliminacje, ewentualnie utrzymują haniebnie niski poziom, więc w tabelach lądują wyłącznie ponad San Marino i Mołdawią.

Kopią więc nasi w krajobrazie tzw. nędzy i rozpaczy, a czasem też w bardzo przykrym harmidrze, kibicom bowiem zdarza się dopingować rywali – jak w osławiony wieczór na Narodowym, gdy przyjechali nań amatorzy sanmaryńscy. Czytają też piłkarze w internetach, że lud z nich głównie szydzi, żadnego szacunku nie okazuje też selekcjonerom – to brzmi dumnie – Fornalikom i Nawałkom, kto wie, być może kadrowicze osiągnęli już w moment, w którym przyjazd na zgrupowanie kadry to bolesny obowiązek. Wygląda to wszystko nie tyle na idealny moment, by uderzyć na mistrzów świata, ile wybitnie niesprzyjający. Znaleźlibyśmy wszak mnóstwo powodów, żeby postawić przerażającą tezę, iż w sobotni wieczór spotkają się: niemiecka reprezentacja w fazie szczytowego rozkwitu, jakiego dawno nie przeżyła, z polską leżącą na dnie osadzonym niżej niż kiedykolwiek w całej swojej historii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s