Niemcy po drugiej stronie lustra!

Polska - Niemcy 2:0, Stadion Narodowy, Euro 2016

Wreszcie! Wreszcie obaliliśmy największe tabu polskiego futbolu, przekonując samych siebie, że na boisku nie ma nietykalnych, że nawet gromowładnym Niemcom można skopać tyłki, i to nie w byle sparingu, i to bez potrzeby demonstrowania stylu gry zapierającego dech. Wreszcie odczarowaliśmy też Narodowy, dotąd piękny pałac łachmaniarzy, smutny duchem stadion, na którym Polacy nigdy nie rozegrali świetnego meczu, a w dziewięciu próbach pokonać zdołali jedynie RPA (towarzysko) i San Marino. Teraz przeżyliśmy już tu wieczór niezapomniany, o którym będziemy wspominać latami, niezależnie od tego, czy we wtorek oberwiemy od Szkotów, czy przeciwnie, już wszystkich następnych rywali rozszarpiemy na strzępy.

A jeśli nam się poszczęści, to być może zrodził się też dzisiaj mit założycielski nowej drużyny – niekoniecznie sięgającej po medale, ale przynajmniej trzymającej przyzwoitość i sunącej po awans na Euro 2016 jak po swoje.

To był kolejny mecz, który przypomniał, że piłka bywa irracjonalna, że nawet obrona długimi minutami przeraźliwie zdezorganizowana może wystarczyć do rozbicia ataku mistrzów świata, że kibice są do myślenia magicznego absolutnie uprawnieni. Spójrzcie: 11 października 2006 r. Polacy rozegrali najznakomitszy mecz w XXI wieku – przyskrzynili Cristiano Ronaldo, rozprawili się z Portugalią, ruszyli sprintem po historyczny awans na Euro. 11 października 2008 r. rozegrali ostatni do wczoraj świetny mecz o stawkę – w kwalifikacjach mundialu pokonali Czechów. 11 października 2014 r. wygrali z mistrzami świata, i to mistrzami świata tradycyjnie nienasyconymi, przyzwyczajonymi do eliminacyjnego tłuczenia punktu za punktem, łaskawie oddającymi rywalowi remis raz na kilka lat. I jak tu nie uprawiać kibicowskiej metafizyki, nie wierzyć w gusła, nie wierzyć, że istnieją mecze rozgrywane po drugiej stronie lustra?

Oczywiście wszystko działo się wbrew logice wydarzeń na boisku. Pierwsza połowa sugerowała, że będzie przewidywalnie – najżarliwsi kibice namodlą się, żeby było historycznie, a będzie bez historii, Niemcy wcale nie wyprowadzą szybkiego śmiertelnego pchnięcia, wybiorą raczej powolne rozkrajanie wroga, trochę chirurgiczną operację wykonywaną według precyzyjnego planu, który poprzedziła drobiazgowa znajomość anatomii naszej reprezentacji. Rywale wiedzieli, że na środku polskiej obrony stoją niezbyt ruchliwi drągale, więc woleli niepokoić ich prostopadłymi podaniami niż atakować dośrodkowaniami – wyczekiwali, aż wieżowce Glik i Szukała zawalą się od wirujących pomiędzy nimi niemieckich atakujących. A jeśli już nacierali skrzydłem, to prawym – w Wawrzyniaku chyba zdiagnozowali zahukanego futbolowego prowincjusza, więc napierali przy każdej próbie wyprowadzenia przez niego piłki, czego na przeciwległej flance, gdzie biegał Piszczek, nie próbowali. I do przerwy oddali 15 strzałów, przy jednym polskim – beznadziejnym, niecelnym kopnięciu Grosickiego. Ba, nasi piłkarze dotknęli piłki w cudzym polu karnym ledwie dwukrotnie.

A jednak wystarczyły dwa cudowne epizody ­- błąd niemieckiej obrony, rzetelna wrzutka Piszczka, wyskok Milika, klasa Lewandowskiego – i potworna nieskuteczność gości, by biało-czerwoni skazańcy, przez kibiców już głównie wyszydzani, wywołali na razie największą sensację jesieni w europejskiej piłce. Faworyta dobił Mila, zwykły ligowiec, którego klubowy trener beształ niedawno za nieprofesjonalne prowadzenie się i 8 kg nadwagi. 70. drużyna światowego rankingu pobiła lidera tego rankingu. Piłkarze zdolni ostatnio tylko do wygrywania z Mołdawią, San Marino i Gibraltarem pobili mistrzów świata, rozsławionych wychłostaniem Brazylii w półfinale mundialu. Generalnie w bieżącym roku nasi grali z Niemcami 180 minut. I ich bramka pozostała nietykalna.

To miał być mecz do odfajkowania. Mieliśmy się po planowej porażce uspokajać, że nasi zderzali się na razie z ekstremami futbolu – leżącymi na dnie hierarchii amatorami Gibraltaru oraz prężącymi się na szczycie rankingu FIFA mistrzami świata. Pierwsi nie stanowią wszak żadnego zagrożenia i zapewne nie odbiorą w eliminacjach punktów nikomu, a drudzy są zazwyczaj w eliminacjach wielkich turniejów nietykalni i punkty odbiorą prawdopodobnie wszystkim. Słowem, oba mecze powinny być praktycznie bez znaczenia, a właściwy wyścig na Euro 2016 powinien rozpocząć się we wtorek. I dopiero we wtorek chcieliśmy sprawdzić, co Adam Nawałka wykuł przez niespełna rok dłubaniny w reprezentacji. Na razie wiedzieliśmy tyle, że „przetestował” horrendalną liczbę 68 piłkarzy (w 9 spotkaniach! to selekcjonerski rekord wszech czasów), że stroił sobie żarty z obsadzaniem środka pola egzotycznym duetem Pazdan – Mączyński, że niezgrabnie działał w sprawie Obraniaka i Polańskiego, a przede wszystkim ­- że jego ludzie nie rozegrali żadnego w pełni satysfakcjonującego meczu.

Dziś zachowali się jak wszyscy nasi wielcy atleci, którzy odrywają się od ziemi przez cały rok 2014. Przeszli do historii zimowi olimpijczycy, przeszli kolarze, przeszli siatkarze. A teraz jeszcze piłkarze. Nie zastanawiajmy się, co dalej, chwytajmy chwilę. Powtórki nie będzie – pierwszy raz z Niemcami można wygrać tylko raz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s