Niech ten mecz się kiedyś skończy

Pablopavo, piłka nożna

Kiedy siedzieliśmy z Michałem Szadkowskim w herbaciarni na Saskiej Kępie i wypytywaliśmy o piłkę nożną Pablopavo, miałem chwilami wrażenie, że prowadzę wewnętrzny dialog z samym sobą. Nie tylko dlatego, że ja również, jak nasz rozmówca, najintensywniej wielbię rozgrywających – stąd moje modlitwy do Riquelme, Zidane’a, Pirlo czy Seedorfa – przede wszystkim znów się przekonałem, jak potężną siłą jest wspólnota pokoleń. Dla nas obu mitem założycielskim futbolowej szajby był mundial ’86, obaj czujemy sentyment do reprezentacji Związku Radzieckiego ’88 (byłem absolutnie pewien, że Pablopavo do bramki jedenastki wszech czasów wstawi Rinata Dasajewa), obaj z rozrzewnieniem wspominamy okres, w którym transmisja meczu była świętem, a jeśli jej nie było, to wynik często poznawaliśmy dopiero nazajutrz. I to niekoniecznie już rano, po wizycie w kiosku. Pamiętam, że o niedzielnych wynikach ligi włoskiej zdarzało mi się dowiadywać dopiero w poniedziałkowy wieczór – z korespondencji z Rzymu w radiowej jedynce nadawanej w Kronice Sportowej (wtedy rozpoczynała się jeszcze o 21.05). Kucałem przy odbiorniku i prędko zapisywałem w zeszycie, kto wygrał i kto komu strzelił gola, a potem uzupełniałem tabelę. Serie A to była dla mnie nierzeczywista kraina z innego kontynentu, którą zamieszkują wszyscy najwybitniejsi piłkarze świata, a rozkochiwałem się w niej właściwie na ślepo, słuchając i czytając, zamiast oglądać. Wyobraźnia kipiała.

Przynudzam snuciem się po starożytności lat 80., bo porozumienie duchowe z naszym rozmówcą poczułem również wtedy, gdy mówił, że kiedyś każdy mecz traktował jak święto – oglądało się jeden na tydzień – a dziś mu transmisje spowszedniały, coraz częściej spogląda na boisko obojętnie (nie mówimy tu o dopingowaniu z trybun, to osobne doświadczenie). Też to mam. Mam z każdym sezonem bardziej i bardziej. I zastanawiam się, czy czytelnicy tego bloga, którzy urodzili się kilkanaście lat później i nie znają innego świata, niż zalewany futbolem przez okrągłą dobę, w ogóle są w stanie ten stan ducha pojąć. Nie chodzi o to, że piłka przestała mnie zajmować i się nudzę – wręcz przeciwnie, dlatego trudno się oprzeć  trylionom transmisji – chodzi na przykład o to, że tęsknię za czekaniem. Czekaniem na mecz rozciągniętym na dni, a nie godziny; czekaniem polegającym na obsesyjnym rozmyślaniu, co będzie; czekaniem będącym autentyczną udręką, skowytem, że nie grają już. Wiem, wciąż się zdarza, że za tydzień Wielki Szlagier, więc chciałoby się, by zaczął się za chwilę. Ale co to za czekanie, które polega na oglądaniu innych meczów? Oglądanie innych meczów odciąga uwagę, zatem akt czekania likwiduje, zamiast czekać, skupiasz się na grze, zamiast zdychać z tęsknoty za futbolem, bez ustanku futbol pochłaniasz, a kiedy nadciąga już właściwy Wielki Szlagier, to nawet nie zauważasz, jak niewiele możesz mu poświęcić czasu. Nie miałeś kiedy poczuć głodu przed, bo podawali ci mecz za meczem, nie będziesz miał kiedy nasycić się nim po, bo znów będą wciskać mecz za meczem, przecież nie odmówisz, nawet jeśli będą wciskać ciągle ten sam mecz, kilka lat temu bez przerwy grały ze Chelsea z Liverpoolem oraz Liverpool z Chelsea, a teraz tarmoszą się Barcelona, Real i Atlético, tarmoszą się do tego stopnia bez przerwy, że właściwie nie sposób ustalić, kto jest najlepszy, zresztą to nieistotne, zaraz zagrają znów, więc będziemy ustalać od nowa.

Są jeszcze inne przykre skutki uboczne epatowania futbolem w rytmie 24/7, a do tego instalowania kamer we wszystkich ligach świata. Otóż już właściwie nie sposób nikogo z dnia na dzień odkryć, nie sposób przeżyć autentycznego zaskoczenia – zdumienia – klasą piłkarza, o którym nigdy nie słyszałeś, a przynajmniej nigdy go nie widziałeś. Są cudowne dzieci, które wyrastają na przeciętnych dorosłych, ale nie zdarza się, byś odpalił mecz i po kilku akcjach Iksa szczęka wypadła ci przez balkon, bo kto urodził się ze zjawiskowym talentem, tego lansuje się od niemowlaka, tego podglądasz w jutiubach, może nawet sam go sobie kupujesz i wygrywasz Ligę Mistrzów w Football Managerze. Wszystkie emocje są rozrzedzone. I te, które wywołuje wirtuoz – najpierw spodziewasz się jego wirtuozerii, a potem delektujesz się nią co trzy dni – i te, które wywołuje mecz – skoro trwa mecz cały czas, to właściwie trwa już jeden wielki mecz, gol nie jest rarytasem, lecz statystycznym okruchem, właściwie wszystko jest statystycznym okruchem, szkoda tylko, że nie umiem się od tego opędzić, ach, te piątkowe męki – „Whiplash” czy Manchester w Cambridge, Manchester w Cambridge czy jednak „Whiplash”, nienawidzę tych wyborów, nienawidzę piątkowych wieczorów, które nęcą mnie futbolem.

Marzyłbym o jednym sezonie prawie w starym stylu. Sezonie, w którym wszystkie mecze ligi włoskiej rozpoczynają się o 15 w niedzielę, wszystkie mecze ligi angielskiej rozpoczynają się w sobotę o 16, całe europejskie puchary wpychamy w pucharową środę (ile trzeba mieć lat, by nie pamiętać tego określenia?), a potem już tylko skróty, żadnych powtórek czy innych retransmisji. Nie wiem, czy by mi się podobało, ale chętnie bym sprawdził, zatęsknił za pływaniem w futbolu całodobowym, znów poczuł, że nie wszystko jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy kliknąć. Łatwość dostępu też wykańcza – kilka nocy temu zapragnąłem obejrzeć w całości półfinał Pucharu Europy sprzed przeszło ćwierć wieku, w którym Milan rozwałkowuje Real Madryt 5:0. Na wielopłytowym DVD o historii rossonerich mam tylko migawki, więc pomyślałem, że wreszcie będę musiał włożyć wysiłek, by dostać, czego chcę. Niestety, znalazłem go na jutiubie. W całości. Oczywiście obejrzałem. Był środek nocy, akurat nie dawali niczego sensownego na żywo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s