Zawierucha w polskiej bramce

Nie sposób znaleźć w Europie reprezentacji, w której między słupkami działoby się więcej niż w naszej. Przed meczem eliminacji Euro 2016 z Irlandią wraca największy wielki polskiego futbolu.

To paradoks, bo teoretycznie właśnie tu jesteśmy najbogatsi. Manchester United, Arsenal, Liverpool, Real Madryt, Bayer Leverkusen, Fiorentina, AS Roma, Celtic Glasgow, PSV Eindhoven, Spartak Moskwa – od kilkunastu lat nasi bramkarze podpisują kontrakty w czołowych firmach na kontynencie. Zdarzało się, że jako jedyni Polacy dotykali futbolu na szczytowym poziomie.

A jednak reprezentacja kraju nigdy nie doczekała się prawdziwego, wieloletniego bramkarza numer jeden. Prześledźmy czas najnowszy – trener Franciszek Smuda stawiał na Wojciecha Szczęsnego, którego podczas Euro 2012 wypchnął Przemysław Tytoń; on też rozpoczął eliminacje do ostatniego mundialu, lecz w ich trakcie oddał miejsce Arturowi Borucowi; faworytem obecnego selekcjonera był ponownie Szczęsny, jednak w niedzielę zastąpi go albo Boruc, albo Łukasz Fabiański. Każdy to inna osobowość, inny charakter, inny styl gry. Żonglerka nazwiskami trwa i trwa, uczestniczyli w niej jeszcze Tomasz Kuszczak, Wojciech Kowalewski, Jerzy Dudek, sam Smuda przez dwa lata wypróbował 10 ludzi. Obłęd.

W reprezentacyjnych bramkach w Europie generalnie jest stabilnie, często aż do znudzenia. Nasi główni rywale w trwających eliminacjach? Manuel Neuer opuścił jeden z ostatnich 43 meczów Niemiec o punkty; Szkoci od wielu sezonów wpuszczają między słupkami tylko rywalizujących ze sobą Davida Marshalla i Allana McGregora; w irlandzkiej bramce w bieżących i poprzednich eliminacjach stoi David Forde, który zastąpił weterana Shaya Givena, broniącego jej wcześniej w 61 z 64 kolejnych spotkań o punkty. To może reprezentacje sąsiadów? Słowaków pilnuje dziś Matúš Kozáčik, ale przed nim długo numerem jeden był Jan Mucha. A nad czeską kadrą od dekady z okładem góruje Petr Czech, który uzbierał już 112 występów dla kraju, czyli dorobek niemal dwukrotnie okazalszy niż wynik Boruca (59), zawodnika przecież starszego.

Porównanie reprezentacyjnych staży jest szczególnie symptomatyczne. Żywe pomniki w typie Ikera Casillasa (160 meczów, też urodzony po Borucu!) czy Gianluigiego Buffona (146) ustanawiają rekordy, a chcą ich ścigać fachowcy średniego pokolenia – jak Hugo Lloris (65) czy Joe Hart (48). Nasi mają statystyki wyłącznie mizerne. Szczęsny gra dla Polski od 2009 roku, został jej najmłodszym powojennym bramkarzem, ale uzbierał dotąd ledwie 22 mecze.

Na następny poczeka, przed meczem z Irlandią spadł na najniższą pozycję w hierarchii powołanych. Sytuacja znów jest ekstremalna, bo nadal nie wiadomo, kto będzie go wyręczał – rywalizują Boruc, który walczy z Bournemouth o awans do najwyższej ligi angielskiej, oraz Fabiański, który w tejże lidze (Swansea) jest nie tylko piątym broniącym najwięcej strzałow bramkarzem, ale także wyłapuje najwięcej dośrodkowań. Kariery obu uzmysławiają, dlaczego między polskimi słupkami tyle się dzieje. Obaj sięgali już Ligi Mistrzów, ale obaj w pewnym momencie zsunęli się w głęboki kryzys i musieli odzyskiwać reputację na niższym pułapie. Przeżywali to, co ich konkurenci z naszej reprezentacji – wszystkich łączy bowiem niezdolność do stałego utrzymywania się w podstawowym składzie w klubie. Najdłużej trwał Szczęsny, ale on też został w końcu zdegradowany i jego przyszłość w Arsenalu wygląda coraz bardziej niepewnie. Skłonność do okresowego znikania z wielkiego futbolu to coraz silniej rzucająca się w oczy wada polskich bramkarzy, która różni ich od bramkarzy wybitnych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s