Real odzyskał władzę

Królewscy po 304 minutach walki w derbach Madrytu wreszcie wepchnęli gola Atlético, awansowali do półfinału Ligi Mistrzów i zakończyli jedną z najczarniejszych serii w historii klubu

Javier Hernández – zasuwał z pasją, ale też pudłował na potęgę – wturlał piłkę do bramki na kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem, gdy goście biegali już osłabieni, po czerwonej kartce dla Ardy Turana. Piłkarza symbolu dla ich wczorajszego stylu gry. Agresywnego do przesady, często bardziej zainteresowanego wyrządzeniem rywalom fizycznej krzywdy niż czystym futbolem.

Kilkadziesiąt sekund dzieliło nas też od dogrywki (tydzień temu było 0:0). Udręka Realu trwała. Owszem, oblegał pole karne gości, ale to wciąż była trwająca od miesięcy derbowa udręka. Jak długo można strzelać w powietrze lub rękawice bramkarza?!

Jedna ze scenek z najnowszych odcinków madryckiej wojny domowej pochodzi z finału krajowego pucharu sprzed dwóch lat. Ponieważ był rozgrywany na stadionie Realu, trener Diego Simeone poprosił, by połowę chłopców do podawania piłki stanowili chłopcy przysłani przez Atlético. – Jeśli będziemy prowadzili 1:0, to będą się ociągać, a nie śpieszyć. To zapewni równowagę obu drużynom – wyjaśniał w książce o ostatnich sezonach swojej kariery.

Tamten epizod uświadamia, jak maniackim szczególarzem jest argentyński trener. Jego drużyna może przegrać, ale nie może przegrać dlatego, że on zaniedbał jakikolwiek detal.

Być może najlepiej widać to w zachowaniu piłkarzy w chwilach najbardziej prestiżowych, czyli właśnie derbach. To styl Królewskich pokroił Simeone na najdrobniejsze cząsteczki, to na styl Królewskich zdawał się mieć plan najbliższy perfekcji.

Prowadzący Real Carlo Ancelotti zwierzał się przed kilkoma laty, że przeżył już jako trener zbyt wiele, by nadal stresować się wielkimi meczami. Że wyłącznie się nimi delektuje. Czy powtórzyłby to po derbach z bieżącego sezonu? Do wczoraj nie wygrał żadnych, zremisował trzy, przegrał cztery. Real dochował się bezlitosnego prześladowcy w sąsiadach, których przez 14 lat tłukł zawsze i wszędzie. Trwał rozciągnięty w czasie, brutalny zamach stanu w metropolii z hierarchią ustaloną, wydawało się, na wieczność.

Co więcej, z każdym meczem sezonu Atlético wyglądało na lepiej przygotowane do zneutralizowania potężniejszych teoretycznie rywali. Jakby Simeone przejrzał Ancelottiego na wylot, zastawiał coraz wymyślniejsze pułapki, systematycznie udoskonalał swój sposób na Real. Kulminacją nieszczęść faworytów było lutowe 0:4. Najwyższa trenerska klęska Włocha, który zbliża się do tysięcznego spotkania w karierze.

Dopiero przed tygodniem bogatsi zdołali z pasją zaatakować biedniejszych. Zdołali, ale bez skutku. Zatrzymał ich fenomenalnie broniący Jan Oblak.

Wczoraj słoweński bramkarz znów musiał trwać w pełnym skupieniu, choć początkowo zdawało się, że Atlético sparaliżuje sąsiadów totalnie. Minęło kilkanaście minut, zanim gospodarze po raz pierwszy dotknęli piłki we wrogim polu karnym. Niemal bez przerwy przetaczali ją w jego pobliżu, ale przetaczali jałowo, nie umiejąc znaleźć luki w defensywnych zasiekach Atlético. Jeśli zdołali oddać strzał, to z dystansu.

Z czasem zaczęli przekradać się w pole karne, ale trafić w bramkę nie umieli. Chwilami wyglądało to na zmagania z klątwą, a nie defensywą rywali. Defensywą być może najtrudniejszą do sforsowania w Europie. Piłkarze Atlético zwłaszcza swój stadion zmienili w derbową twierdzę. Strzelili tam w czterech spotkaniach siedem goli, nie stracili żadnego, a Cristiano Ronaldo wręcz maltretowali. Gracz kanonada – uderzający na bramkę częściej (średnio 6,4 razy na mecz) niż ktokolwiek inny w czołowych ligach świata – we wszystkich wspomnianych występach na Vicente Calderon w bieżącym sezonie zdołał wypluć z siebie zaledwie trzy celne strzały. Rzadziej niż zwykle tam również dryblował, rzadziej dośrodkowywał. Za każdym razem należał do najsłabszych na boisku.

Wczoraj i przed tygodniem był już ożywiony. Zamiast nabawić się kompleksu, dał rozstrzygającą asystę. A kompleksu mógł się nabawić – co jeszcze kilkanaście miesięcy temu brzmiałoby niewiarygodnie – wraz z całym Realem. Gdyby gospodarze znów nie pokonali Atlético, passa bez wygranej wydłużyłaby się do ośmiu meczów. To negatywny rekord wszech czasów. Osiągnięcie podpisane dotąd tylko przez Barcelonę według Pepa Guardioli.

Zamiast niezwykłej opowieści o ostatecznym odebraniu lokalnej władzy najpotężniejszemu klubowi w historii – według tabel z trofeami – mamy zatem opowieść o drużynie w sensie dosłownym królewskiej, która może z sąsiadami przegrywać mecze pomniejsze, ale nie przepuści im, gdy stawka jest najwyższa. Jak w finale ostatniej Ligi Mistrzów.

Jej piłkarze podnieśli wówczas trofeum, którego nie obronił nikt od ćwierćwiecza. Można rzec – wyzwanie godne Realu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s