Juve reaktywacja

I znów nie będzie El Clásico w finale, dla mnóstwa fanów kulminacji Ligi Mistrzów wyśnionej. Barcelona awansowała, ale Real Madryt uległ Juventusowi. Potędze, która wstała z martwych.

Real, firma pielęgnująca kult indywidualności, to bogata historia skupowanych za dziesiątki milionów megagwiazd. Ale także bogata historia piłkarzy niewystarczająco medialnych i zdolnych – czasem także wychowanków – którzy musieli odejść, by sławnym solistom ustąpić. A potem się na Madrycie mścili.

Przed dekadą przeżył to Fernando Morientes. Wydalony do AS Monaco wrócił z tym klubem, by wyrzucić Real z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale. Zdobył bramkę w obu meczach, został królem strzelców rozgrywek.

Alvaro Morata korony dla snajpera nad snajperami nie weźmie, ale też śni na jawie. W Madrycie spędził sześć lat, przed tym sezonem został sprzedany, by Real ugodzić w półfinale. I przed tygodniem w Turynie, i wczoraj w Madrycie. I ostał się jako jedyny uczestnik rozgrywek, który może obronić trofeum.

Real po wczorajszym remisie 1:1 na szczycie się nie utrzyma. Podobnie jak wszyscy obrońcy tytułu od 1990 roku. Znów nie obejrzymy finału, który zdawał się naturalną, wręcz nieuniknioną kulminacją epoki, w której jeden mecz spotężniał do meczu nad meczami. Kiedyś mieliśmy wiele równorzędnych szlagierów klubowych, teraz wszystkie przyćmiła wojna katalońsko-madrycka. El Clásico, jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek nowoczesnego futbolu.

Najcennniejsze klubowe trofeum zdobywały w ostatnio i Barcelona, i Real. Ale w finale się nie spotkały. Albo zderzały się wcześniej, albo odpadały w półfinałach, w najgorszym razie ćwierćfinałach. W minionych latach opierają się im m.in. rywale, którzy przy obu ociekających złotem supermocarstwach wyglądają na łachmaniarzy. Rok 2013: Borussia Dortmund. 2014: Atlético Madryt. 2015: Juventus.

Turyńczycy na wspaniały kwartet pomocników – Andrea Pirlo, Paul Pogba, Claudio Marchisio, Arturo Vidal – wydali tyle pieniędzy, ile wystarczyłoby na ćwiartkę lśniącego pod madryckimi jupiterami Jamesa Rodrígueza. A na wszystkich piłkarzy z pola mniej, niż Real na jednego Cristiano Ronaldo.

Oni wstali z martwych. Na finał czekają od 12 lat również dlatego, że po aferze Calciopoli z europejskich aren znienacka zniknęli. Odebrano im tytuły mistrzowskie; zostali karnie wtrąceni do lochów drugiej ligi; przeżyli rejteradę gwiazd; kiedy wydostali się z Serie B, to w Serie A przez dwa sezony człapali na miarę siódmego miejsca, co oznaczało najmarniejsze wyniki od półwiecza.

Najpierw odzyskali władzę we Włoszech – panują tam od czterech sezonów, po wojnie się to im w Serie A nie zdarzyło. W Lidze Mistrzów ruszali się dotąd ślamazarnie, wyrzucało ich z niej nawet Galatasaray Stambuł. Niemoc przełamali dopiero pod przywództwem trenera Massimo Allegriego, którego pobłogosławił właśnie sam Marcello Lippi.

– Massimo przypomina mnie – ogłosił trenerski mistrz świata, w Italii autorytet absolutny. – Obaj objęliśmy Juventus w wieku 46 lat, obaj od ręki zdobyliśmy mistrzostwo kraju, obaj wytrwale wspinaliśmy się w hierarchii, pracując na wszystkich poziomach – mówił przed madryckim meczem Lippi, któremu obecna drużyna kojarzy z jego własną, finalistką Champions League w 2003 r. Obie miały rosnąć taktycznie i psychologiczne aż do osiągnięcia bardzo wysokiej samoświadomości swoich atutów i wad, która pozwala rozprawić się z każdym przeciwnikiem.

Ta samoświadomość sprawiła, że choć turyńczycy wygrali u siebie z Realem 2:1, to zachowywali pokorę, powtarzając, iż w rewanżu potrzebują cudu. I rzeczywiście, uspokoić nie miał prawa ich nawet sobotni remis rywali z Valencią, bo piłkarzom Realu trudno było cokolwiek po tamtym meczu zarzucić. Zaatakowali gości z pasją, w obłędnym tempie, wrogie pole karne płonęło. Zatrzymał ich jednak niewiarygodny pech – trzykrotnie obijali słupek i poprzeczkę, Ronaldo zmarnował rzut karny, strzały z fantastycznym wyczuciem bronił bramkarz Diego Alves. Turyński obrońca Giorgio Chiellini stwierdził, że „mogli nawbijać osiem lub nawet 10 goli”. Słowem, on i jego koledzy zdawali sobie sprawę, że nawet jeśli zagrają najlepiej, jak umieją, na Real może to nie wystarczyć.

Wystarczyło. I futbolowa Europa znów uczy się włoskiego. Dowiaduje się, że radykalnie manipulować ustawieniem w trakcie meczu umie nie tylko rozpoznawalny ponad granicami Pep Guardiola, lecz również niemal anonimowy Allegri. I przypomina sobie, że Andrea Pirlo oraz Gianluigi Buffon już występowali w finale w Berlinie, gdzie zmierzą się z Barceloną szóstego czerwca. Występowali w 2006 r., gdy udekorowano ich złotem mundialu.

Rozgrywający Pirlo – żywa legenda – wygrał już w futbolu wszystko. Bramkarz Buffon – też żywa legenda – jest chyba najwybitniejszym obok Zlatana ibrahimovicia aktywnym piłkarzem, który nie triumfował w Lidze Mistrzów.

A Juventus? Niewykluczone, że poświętuje najwspanialszy sezon w dziejach klubu. Wciąż ma szansę na potrójną koronę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s