Polska światowa!

Przyjemniej rozpocząć sezonu nasi siatkarze nie mogli. 3:0. Na inaugurację Ligi Światowej znokautowali Rosję, którą obijał jak chciał nawet absolutny debiutant Mateusz Bieniek.

Kiedy poprzednio Polacy naskoczyli na Rosjan, zadali im okrutnie bolesne ciosy. We wrześniu nie tylko zwyciężyli w najważniejszym z możliwych momencie – do tego rywale powinni się w minionej dekadzie przyzwyczaić – ale jeszcze zatarasowali im drogę przed półfinałami, czyli skazali na poniżającą rywalizację o piąte miejsce. Notorycznych faworytów, którzy czują się przegrani nawet ze srebrem.

Tamtego wieczoru w Łodzi ponad wszystkich wzbił się Mariusz Wlazły, mknący wówczas po nagrodę dla najjaśniejszej gwiazdy mundialu. Zdobył 28 punktów, atakował ze wspaniałą 65-procentową wydajnością. A nawet jeśli zbijał bez skutku, to akcja trwała – nie wyrzucał piłki w aut, raczej wracała do Polaków. Kolos.

Jego już nie będzie, ogłosił, że porzuca reprezentację na zawsze. Dlatego w LŚ będziemy śledzić tyleż wyniki, co starania Bartosza Kurka, by wyręczyć superbohatera minionego sezonu.

I dziś wielu z nas długo wodziło wzrokiem głównie za nim, choć Polacy już w inauguracyjnym secie wyraźnie prowadzili od początku do końca. Prowadzili, a Kurek przekonywał się, ile wysiłku kosztuje odnajdywanie w sobie atakującego.

Najpierw raz zbił celnie – z lewego skrzydła, z którym jest zżyty. Następnie cztery razy z rzędu niecelnie – z prawego skrzydła, na którym musi sobie dopiero ułożyć życie. Potem długo rozgrywający jego ręce omijał, by wrócić do nich w końcówce seta. I Kurek dwukrotnie huknął na miarę punktu. Z prawego skrzydła.

W ten sposób będziemy oglądać LŚ. Wypatrywać detali tam, gdzie na razie króluje niepewność. Wygrywać, owszem, chcemy, ale nade wszystko chcemy, by trener Stéphane Antiga wykuwał drużynę na Puchar Świata, czyli pierwszą szansę na upragniony olimpijski awans. To najważniejsza impreza 2015 roku.

Do eksperymentów już przywykliśmy, zwłaszcza szukanie kwadratury koła na pozycji atakującego to lejtmotyw niemal każdego reprezentacyjnego sezonu. Właściwie od dekady miotamy się między Wlazłym a zmiennikami wynalezionymi na przyjęciu – najpierw zastępował go Piotr Gruszka, potem Zbigniew Bartman, aż dotarliśmy do Kurka. Ten ostatni w Gdańsku zbijał z powodzeniem zazwyczaj wtedy, gdy wykorzystywał swoją zwierzęcą siłę, walor na pozycji atakującego bezcenny. Tam nie wolno oczekiwać chirurgicznie precyzyjnego rozegrania, tam trzeba cierpliwie znosić umiarkowanie dokładne albo skandalicznie niedokładne. I mimo wszystko tłuc punkt za punktem. Nawet bez wdzięku.

Kurek tłukł z umiarkowanym powodzeniem – choć się rozkręcał, skończył z bardzo przyzwoitą skutecznością (54 proc.) – ale każdy, kto zerkał dzisiaj na jednostki, musiał być usatysfakcjonowany. Nawet jeśli zachwycaliśmy się Mateuszem Bieńkiem w polskiej lidze, to wypada go obwołać wielkim odkryciem wieczoru. Oto absolutny debiutant w reprezentacji, 21-letni środkowy, już w pierwszej próbie przyłożył Rosjanom serwisowym asem, a potem zatrzymywał ich blokiem, bezbłędnie atakował, został wybrany na najbardziej wartościowego uczestnika meczu. Trudno przypomnieć sobie równie imponujący debiut w kadrze siatkarzy.

Do samego wyniku – oszałamiającego, sety do 16, 17 i 20! – nie należy się przesadnie przywiązywać, bo z perspektywy najważniejszych celów wieczór był wybitnie treningowy. Antiga wypuścił na Rosjan rezerwowego rozgrywającego Grzegorza Łomacza, więc z podstawowej szóstki z tamtego meczu mundialowego ostał mu się jedynie Mateusz Mika. A wśród rywali nie ostał się nikt. Ba, Andriej Woronkow zabrał do Gdańska tylko dwóch uczestników MŚ – Denisa Biriukowa i Pawła Moroza!

Polacy znów jednak z imponującym wyczuciem uwijali się w obronie, tuż przy powierzchni boiska. Pamiętamy to z mundialu, co pozwala sądzić, że drużyna Antigi ma swoje DNA, do pewnego stopnia niezależne od aktualnego składu. I nakazuje mieć nadzieję, że wykuwanie jej najnowszej wersji można pogodzić z walką o awans do turnieju finałowego LŚ. Miejsca są dwa, poza Polską i Rosją (dziś rozegrają rewanż) chcą go Amerykanie i Irańczycy.

Lot do Rio de Janeiro będzie podwójnie cenny, to przecież tam za rok rozegrany zostanie turniej olimpijski. Czyż po udanych eksperymentach nie warto udać się na udany rekonesans?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s