Japoneczki

Japonia, reprezentacja piłkarska

Przysięgam, tytułowego zdrobnienia nie zrodził protekcjonalizm seksisty, o ulubionej drużynie piłkarskiej kobiet myślę po prostu wyłącznie z czułością, inaczej japońskich bohaterek nie nazywam nigdy, a język ściśle odpowiada tu obrazowi. W ostatnim meczu w środku pola grą kierowały Homare Sawa i Asuna Tanaka, które odrosły od ziemi na skromne 164 cm; po lewym skrzydle zasuwała 157-centymetrowa Aya Miyama, a po przeciwległym 156-centymetrowa Shinobu Ohno; wśród tych maleństw nawet bramkarka Miho Fukumoto miała ledwie 165 cm, a 170 cm przekroczyła jedynie stojąca na obronie Kana Kitahara. Przy nich kurduple z Barcelony wyglądaliby na dryblasów.

Kibicuję im od lat, i to wcale nie tylko ze względu na japońską szajbę, do której już się tu kilkakrotnie przyznawałem. Styl aktualnych mistrzyń świata zniewolił mnie od pierwszego wejrzenia, zanim jeszcze cokolwiek wiedziałem o nagłym postępie, jakie wykonały na przełomie wieków – od przegrywania 0:9 z Amerykankami w 1999 roku do pierwszego w historii zwycięstwa nad nimi w finale mundialu 2011. Napisałbym, że atakują jak rój pszczół, gdyby nie fruwały szybciej, ich wibrująca zespołowa inteligencja przekłada się raczej na grę przypominającą rozmigotaną japońską metropolię, nad którą trudno nadążyć niewytrenowanemu oku Europejczyka. „Kontrolowane tsunami” – pisała o piłkarkach Japonii znawczyni tego kraju Joanna Bator. Wyjęła mi z głowy zachwyt, który podzielam, ale nigdy nie zdołałbym go tak celnie i poetycko ująć.

Rodacy znają je jako „Nadeshiko”, czyli goździk – delikatny, a zarazem trwały kwiat symbolizujący tradycyjny tam ideał kobiety. To kibice zresztą wymyślili oficjalne przezwisko – kiedy reprezentacja zyskiwała popularność, federacja ogłosiła konkurs, przejrzała kilka tysięcy propozycji, latem 2004 r. podała zwycięzcę. Wtedy jeszcze wszystkie grające dla kraju piłkarki trenowały tylko wieczorami, po wyjściu z pracy, w której zarabiały na życie. Na gwiazdy rozbłysnęły siedem lat później, gdy pomknęły po mistrzostwo świata. Sensacyjne, zdobyte po serii wygranych z niemal wszystkimi potęgami – w ćwierćfinale pokonały broniące tytułu Niemki (na ich stadionie!), w półfinale multimedalistki ze Szwecji, w finale faworyzowane Amerykanki. Nawiasem mówiąc, Amerykanki walczyły o 3 mln dol. premii, tymczasem „Nadeshiko” obiecano jedynie pamiątkowe zegarki.

Japonia tkwiła wówczas w szoku i depresji, wywołanymi trzęsieniem ziemi i katastrofą w elektrowni atomowej w Fukushimie, ale po sukcesie piłkarek zbzikowała. Gdy o 6.22 czasu lokalnego Saki Kumagai strzelała rozstrzygającego o złocie karnego, ludzie płakali ze szczęścia na ulicach, a na Twitterze padał rekord wszech czasów – użytkownicy wypluwali z siebie 7,196 rozentuzjazmowanych ćwierknięć na sekundę. Trener wychrypiał, że piłkarki grały „z sercem na dłoni”, premier Naoto Kan przygotowywał się do udekorowania ich wysokimi odznaczeniami państwowymi.

Co wcale nie oznacza, że nie musiały więcej zmagać się z dyskryminacją. Na igrzyska w Londynie leciały już w glorii mistrzyń świata, ale wpadły w furię, kiedy okazało się, że mają miejsca w klasie ekonomicznej, a piłkarze – międzynarodowo znacznie mniej uznani – usiedli w klasie biznes.

Triumf Japoneczek zdumiewał tym bardziej, że ich trener mógł dobierać z ledwie 39 tys. zarejestrowanych zawodniczek, tymczasem kadrę rywalek wyselekcjonowano z zagłębia 1,2 mln nazwisk. I nie okazał się odosobnionym incydentem. W 2012 r. „Nadeshiko” wzięły srebro turnieju olimpijskiego (zrewanżowały im się Amerykanki), w 2014 – złoto mistrzostw Azji (również bezprecedensowe), a na trwającym teraz mundialu właśnie wyszły z grupy, oczywiście z kompletem zwycięstw. We wtorek zagrają o ćwierćfinał z Holandią.

Skąd wzięła się lawina medali, nie całkiem wiadomo, bo choć nakłady na futbol kobiecy wzrastały, to wzrastały wolno. Jedna z teorii głosi, że Japoneczki sporo zawdzięczają ograniczeniom – w dzieciństwie i młodości nie mogły grać ze sobą, więc kopały się z silniejszymi i szybszymi chłopakami. Jak wspomniana Homare Sawa, która w wieku sześciu lat chodziła na treningi starszego brata, aż trener i ją zaprosił na boisko. A jej determinacja rosła potem wraz z frustracją odczuwaną podczas oficjalnych turniejów, które oglądała z trybun – tam już dziewczyn nie wpuszczali.

Sawa to ikona. Dla kraju zagrała jako 15-latka i uczciła debiut czterema golami. Wystąpiła na czterech igrzyskach olimpijskich, właśnie uczestniczy w swoim szóstym mundialu, uzbierała już 202 mecze w reprezentacji. Na MŚ potrafiła wsławić się hat-trickiem i zostać bohaterką finału, była też królową strzelczyń. Dziś zbliża się do 37. urodzin, więc zastanawiano się, czy wciąż zasługuje na powołania, ale w szczycie ucieleśniała ducha „Nadeshiko” – piekielnie szybka i ruchliwa, nigdy nie wychodziła z fazy sprintu, albo zajadle atakowała, albo zajadle walczyła o wyrwanie piłki przeciwniczkom. – Kiedy będzie wam ciężko, poszukajcie mnie wzrokiem. Będę tam, by was poprowadzić – przemawiała do koleżanek w szatni przed zwycięskim finałem mundialu, a kibice do dzisiaj znają te słowa na pamięć. Tak jak jej zwierzenia, że porażka zdawała się jej wówczas niemożliwa, wyczuwała to szóstym zmysłem i spłynął na nią wszechogarniający spokój.

Gdy została nominowana do Złotej Piłki, zabrała na galę w Zurychu dwie osoby tylko po to, by perfekcyjnie ją ubrały i umalowały. Do ceremonii przygotowywała się od świtu, jednak po wyczytaniu nazwiska laureatki – Sawa wygrała! – zareagowała z japońską powściągliwością. Wyszła na scenę w kimonie, które wcześniej założyła na przyjęcie w ogrodach cesarza Akihito:

Homare Sawa, Złota Piłka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s