Relacja z meczu*

literatura piękna, poezja prozą

Powiśle za burtą Pucharu Polski. Gospodarze zaczęli z wysokiego „C”, ale musieli przełknąć gorzką pigułkę i uznać wyższość Czarnych. Przegrali 1:2.

Przyjezdni zapowiadali, że postawią twarde warunki, jednak nikt nie spodziewał się, że zawieszą poprzeczkę tak wysoko. I że pokuszą się o wygraną. Ich defensywa nie stanowiła ostatnio monolitu, drugiej linii brakowało waleczności, nawet chwalony wcześniej atak nie grał jak z nut. A Powiśle szło jak burza. Wywiozło punkt z trudnego terenu w Świętochłowicach, w lidze znów zasiadło na fotelu lidera. W dodatku rozpoczęło dzisiejsze spotkanie od mocnego uderzenia – w drugiej minucie po wykopie bramkarza piłka padła łupem zupełnie niepilnowanego Jana Ziemniakiewicza, który z najbliższej odległości dopełnił formalności.

Zrobiło się 1:0, a faworyci nie spoczęli na laurach. Mieli optyczną przewagę, mecz toczył się pod ich dyktando i stopniowo nabierał rumieńców. Szczególną ochotę do gry przejawiał Robert Kociołek, na którego parol zagięli włodarze czołowego klubu Bundesligi.

– Słyszałem, że jestem w orbicie zainteresowań, ale teraz koncentruję się tylko na Powiślu i w każdym spotkaniu daję z siebie wszystko – nie ukrywał przed meczem młody napastnik, który w bieżącym sezonie legitymuje się średnią 0,8 gola na spotkanie. W 23. minucie zobaczyliśmy, że bardzo pali się do gry. Wyrósł jak spod ziemi w polu karnym, idealnie złożył się do strzału i podwyższyłby prowadzenie, gdy rywali nie uratował słupek. Świeżo upieczony reprezentant kraju od pierwszego gwizdka grał pierwsze skrzypce i wydawało się, że w pojedynkę przechytrzy skomasowaną obronę Czarnych.

Występ popularnego „Kotła” miał być nie lada gratką dla kibiców, ale goście powoli łapali wiatr w żagle. Oni też ostrzyli sobie zęby na trofeum i zapewniali, że szybko stracony gol ani nie ustawi meczu, ani nie ostudzi ich apetytów. Kiedy niedługo przed przerwą zaatakowali i po raz pierwszy zatrudnili bramkarza Filipa Konopczyńskiego, sytuacja zaczęła zmieniać się jak w kalejdoskopie. Obaj golkiperzy mieli pełne ręce roboty, bo obie strony miały ochotę na strzelenie gola do szatni.

W drugiej odsłonie trener Czarnych desygnował do gry Macieja Maciejkę, który niedawno groził sternikom klubu, że jeśli nie podniosą mu apanaży, to poszuka drużyny, która zaproponuje lepsze warunki. A wróble ćwierkają, że znajduje się na celowniku kilku pierwszoligowców. I to nie kto inny jak Maciejko odmienił losy spotkania. Jego pierwsze próby strzałów z dystansu spaliły na panewce, ale zebrał brawa za decyzje, bo kibice widzieli, że dobrze wprowadził się do gry. Dzięki niemu goście zaczęli rządzić i dzielić w środku pola. Ręce same składały się do oklasków.

Kiedy w 52. minucie Maciejkę sfaulował w polu karnym Ziemniakiewicz, sędzia wskazał na wapno. Sprawiedliwość wymierzył sam poszkodowany, sprawiając sobie prezent z okazji 28. urodzin. Było 1:1, zapachniało sensacją. Goście nie kwapili się jednak, by mocniej zaatakować, natomiast gospodarze nie potrafili narzucić im swojego stylu gry. Sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo, z boiska wiało nudą.

Na kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry przebudził się pogrążony w letargu Jakub Danielak, który przez trzy sezony bronił barw Powiśla, więc zna ich drużynę od podszewki. Piłka odbiła mu się od uda i minęła kompletnie zaskoczonego Konopczyńskiego, któremu nikt nie przyszedł w sukurs. Sensacja wisiała w powietrzu, a załamani gospodarze nie robili nic, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. I ponieśli porażkę na własne życzenie. A Czarni, niezależnie od wyniku finału, zapewnili sobie awans do europejskich pucharów. I mają szansę na niezły wynik. To mieszanka rutyny z młodością, która jest w stanie uprzykrzyć życie każdemu.

Szkoleniowiec gospodarzy nie chciał bić się w piersi. Pierwszy pospieszył z gratulacjami do kolegi po fachu, który prowadzi Czarnych, a potem tłumaczył zgromadzonym dziennikarzom, że jego drużynie brakuje doświadczenia, że wielu jej młodych zawodników to dopiero melodia przyszłości. Zauważył też, iż puchary rządzą się swoimi prawami. – Zdecydowała dyspozycja dnia – podsumował spotkanie. Czy włodarze klubu będą tego samego zdania?

*Relacja napisana z okazji Międzynarodowego Dnia Dziennikarza Sportowego. Z fikcyjnego meczu, za to taka, o jakiej napisaniu zawsze marzyłem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s