Casillas na wylocie, czyli demadrytyzacja

Iker Casillas, Real Madryt

Owszem, święty Iker przedwcześnie popadł w bramkarską demencję, ubiegłoroczną Ligę Mistrzów piłkarze Realu wygrali nie dzięki Casillasowi, lecz pomimo Casillasa. Owszem, kibice swego kapitana wygwizdują – mniej lub bardziej intensywnie – od dwóch lat, dla wielu stał się sabotażystą. Owszem, istnieją poszlaki pozwalające podejrzewać (co nie znaczy: mieć pewność!), że kapitan stoksyczniał i niekiedy szkodzi drużynie – nawet jeśli nie uwierzymy José Mourinho, że jest kretem wynoszącym na zewnątrz tajemnice szatni. Owszem, sam pisałem niedawno, że gatunek piłkarza związanego przez całą karierę z jednym klubem jest na wyginięciu. Nie dlatego, że dzisiejsi wyczynowcy są wredni i nielojalni, po prostu kariery trwają dłużej, a luksusowych domów spokojnej dojrzałości przybywa, więc Steven Gerrard potruchta do końca w Kalifornii, a Xavi Hernandez w Katarze.

Słowem, rozstanie Casillasa – symbolu klubu, wychowanka związanego z nim od dziewiątego roku życia, najbardziej utytułowanego obok Seppa Maiera bramkarza w futbolu – z Realem można uznać za ruch logiczny dla obu stron. Nielogiczny zdaje się raczej pomysł FC Porto, by Ikera przygarnąć.

Zarazem jednak jego transfer przypomina, jak bezlitośnie królewski klub pozbywa się w XXI wieku postaci o wyjątkowym statusie – wychowanków, ikon, urodzonych w Madrycie, najdłużej z barwami związanych. W kiepskim stylu, w zatrutej atmosferze, w najgorszym razie bez dania racji. Odkąd Florentino Perez jął kompulsywnie ustanawiać transferowe rekordy świata, wykopuje też wszystko, co najbardziej swojskie.

Trenera Vicente del Bosque wystawił za drzwi w 2003 r., dwa dni po zdobyciu mistrzostwa kraju i rok po triumfie w Champions League. Bo łysawy, wąsaty i łagodny, nie nadawał się ani na amanta, ani na szeryfa z plakatu, przy megagwiazdach z boiska wyglądał jak koniuszy – przynajmniej tak nam donoszono zza kulis, powodów merytorycznych nie wykryto. W każdym razie z klubem był del Bosque związany od końca lat 60.

W tym samym momencie wypuścił prezes Fernando Hierro – kapitan z 14-letnim stażem w klubie wyniósł się do katarskiego Al Rayyan.

Następny sezon to desperackie wykopywanie Fernando Morientesa, grającego na Santiago Bernabeu od 7 lat. Napastnika wypożyczyło AS Monaco, by dzięki jego golom wyeliminować Real z Ligi Mistrzów. Ba, Morientes został królem strzelców rozgrywek!

W 2010 roku – tuż po powrocie Florentino Pereza, miał przerwę w prezesowaniu – wypchnięty do Schalke Gelsenkirchen został Raul Gonzalez. Po 16 latach w klubie, 7 latach noszenia opaski kapitana, 741 meczach i 323 golach w drużynie seniorów. Kolejny absolwent klubowej szkółki.

Równocześnie do Stambułu wyprawiono Gutiego (on w największym stopniu sam był sobie winny) – po 24 latach, wicekapitanowaniu, 542 meczach. Również wychowanka.

A teraz z zakłopotaniem podglądaliśmy rozstawanie się z Casillasem. Perez już przed dekadą chciał go zastąpić Gianluigim Buffonem, by na pożegnanie szarpać się o kilka milionów euro – on, kompulsywny zakupoholik, któremu z kieszeni wypada 40 baniek na Illaramendiego.

Jeśli passa ma trwać, to powinniśmy się spodziewać, że Sergio Ramos też jednak z Madrytu wcześniej czy później ucieknie – służy mu już 10 lat, rozegrał 445 meczów, w meczach decydujących o trofeach znaczy nawet więcej niż Cristiano Ronaldo. I jest wicekapitanem, czyli naturalnym kandydatem do przejęcia opaski od Casillasa. Tymczasem prezes do przywódców drużyny się nie przywiązuje, w końcu przywołana lista jego ofiar obejmuje wszystkich XXI-wiecznych kapitanów. Jakby chciał być ikoną królewskiego klubu jedyną. Real to ja, Real to kolekcja najdroższych dostępnych klejnotów pochodzenia obcego, które zafundował wam Florentino Wszech Czasów.

Od kilkunastu lat trwa zatem demadrytyzacja klubu – obejmująca i chłopaków z sąsiedztwa, i przyjezdnych uznanych za swoich. Można jeszcze wspomnieć o wyproszonym zeszłego lata do Juventusu Turyn Alvaro Moracie, który zemścił się w wiosennym półfinale Ligi Mistrzów. Można też spodziewać się, że wkrótce zmarginalizowany zostanie ściągnięty z wygnania w Bundeslidze wychowanek Dani Carvajal, skoro prezes zainwestował 30 mln w Danilo, prawego obrońcę z Brazylii. Zainwestował, nawiasem mówiąc, rok po zwolnieniu dyrektora sportowego. I w ogóle zlikwidowaniu tego stanowiska.

Każdy przywołany przypadek rozstania jest inny, każdy składa się zapewne z mnóstwa niuansów, których znajomość mogłaby zmienić naszą ocenę wydarzeń. Niewykluczone, że gdyby Casillas zaakceptował rólkę rezerwowego, zostałby w klubie do schyłku kariery. A gdyby ogłosił decyzję wcześniej, to przygotowano mu pożegnanie, jakiego doświadczyli Xavi czy Gerrard. Cały pejzaż nie pozostawia jednak wątpliwości – Real rozstaje się ze swoimi ikonami w stylu krępującym lub żenującym, Real nie traktuje ze szczególną czułością piłkarzy sobie najbliższych, Real konsekwentnie wzmacnia markę firmy wszechinternacjonalnej, którą z pracownikami wiążą wyłącznie interesy.

I gdyby kosztem utraty Ramosa wyrwał z Manchesteru United bramkarza Davida De Geę, to jedynym Hiszpanem w podstawowym składzie byłby niebawem prawdopodobnie wychowanek sąsiedniego Atlético. Do jedenastki w pełni zagranicznej brakowałoby już tylko małego kroczku. Iście królewski rozmach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s