Prawie idealny moment, by postawić się Niemcom

Ujmując rzecz lapidarnie: najsilniejsza od blisko dekady reprezentacja Polski zmierzy się dziś z najsłabszą od blisko dekady reprezentacją Niemiec.

Unikalność chwili polega również na tym, że mamy już prawo mówić o serii. Niemieccy piłkarze nie umieją pokonać polskich od trzech meczów. 0:2, 0:0, 2:2. Ba, sekundy dzieliły nas od bilansu jeszcze bardziej imponującego – gdyby w ostatniej akcji sparingu sprzed Euro 2012 Jakub Wawrzyniak się nie pośliznął, Polska odniosłaby pierwsze w historii zwycięstwo nad zachodnimi sąsiadami już za kadencji trenera Franciszka Smudy.

Pokrzepiające statystyki nie wpłyną oczywiście na ocenę szans przed dzisiejszym meczem we Frankfurcie – gospodarze pozostają faworytem bezdyskusyjnym – ale przypominają, że Niemcy, delikatnie mówiąc, nie są ostatnio sobą. Że przeżywają eliminacje do wielkiego turnieju jak na ich standardy fatalnie.

Ulegli Polsce, zremisowali (u siebie!) z Irlandią, minimalnie wygrali (u siebie) ze Szkocją. Dorobek wręcz beznadziejny – można by go jeszcze wzbogacić o sparingowe wpadki z Argentyną (2:4) czy USA (1:2) – jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeszcze przed chwilą mieli najbardziej bezlitosną i brutalną dla przeciwników reprezentację na świecie. Co widzieliśmy nie tylko na ubiegłorocznym, zwycięskim dla nich mundialu, ale też właśnie w eliminacjach do imprez rangi mistrzowskiej.

Przed MŚ 2014 jedyną skazą na passie zwycięstw był remis ze Szwecją – przytrafił im się kuriozalny wieczór, bo prowadzili już 4:0, zanadto się rozluźnili i stracili punkty w 93. minucie. Przed Euro 2012 nie pozwolili się nawet zadrasnąć, wygrali wszystkie dziesięć meczów. A przed MŚ 2010 remisowali tylko z Finlandią. Nigdy nie wstawali z łóżek lewą nogą, nigdy nie wychodzili na boisko roztargnieni, nikomu nie odpuszczali. Drużyna, która nawet San Marino traktuje serio i ładuje amatorom 13 goli, serwując im najwyższą klęskę w historii. Automat.

Dziś ułomności Niemców widać gołym okiem. Po rejteradzie Miroslava Klosego i Philippa Lahma stało się jasne, że nie dysponują żadnym środkowym napastnikiem światowej klasy, a na boki obrony wypychają piłkarzy rozpoznawalnych głównie dla zaawansowanych fanów Bundesligi. Pozostają wszechbogaci w talent, ale ich system edukacji jest monokulturą produkującą masowo środkowych pomocników, więc nawet atak obsadzają rozgrywającym Mario Götzem. W dodatku tkwią w niewygodnych okolicznościach, kilku ich kluczowych graczy niedomaga – przewlekle chory Bastian Schweinsteiger z trudem wstaje z rezerwy Manchesteru Utd, Mesuta Özila boli uszkodzone kolano, kontuzja całkiem wykluczyła z gry rozpędzonego wraz z całą dortmundzką Borussią Marco Reusa. Krajobraz daleki od idyllicznego.

Po raz ostatni Niemcy okazywali taką słabość jesienią 2007 r. Kwalifikacje do mistrzostw Europy kończyli wówczas 0:3 z Czechami i 0:0 z Walią, a oba mecze rozgrywali u siebie. Potem rośli i rośli, aż osiągnęli złotą kulminację na mundialu. Polacy podróżowali w kierunku przeciwnym – wspomnianej jesieni 2007 r. po raz ostatni mieli moc (awansowali z Leo Beenhakkerem na ME), by w następnych latach konsekwentnie się obsuwać, aż do zejścia na dno, czyli wygrywania wyłącznie z San Marino czy Mołdawią. Właśnie dlatego ubiegłoroczny triumf nad Niemcami był aż tak sensacyjny. Zdarzył się akurat wtedy, gdy nasza reprezentacja wyglądała najnędzniej w historii, natomiast rywale przylecieli do Warszawy w glorii mistrzów świata zdolnych wychłostać Brazylię siedmioma golami. Od tamtej pory zmieniło się jednak wszystko. Drużyna Joachima Löwa wygrywa po MŚ ledwie co drugi mecz i generalnie wydaje się najsłabsza od co najmniej ośmiu lat, a Adam Nawałka dowodzi Polską najsilniejszą od ośmiu lat. Wspartą na fundamencie, o którym niedawno nie ośmielilibyśmy się marzyć – Fabiański, Glik, Krychowiak i Lewandowski to wszak czołowi piłkarze na swoich pozycjach w ligach: angielskiej, włoskiej, hiszpańskiej i niemieckiej.

To wszystko nie czyni naturalnie Polaków faworytami ani nawet przeciwnikami dla Niemców porównywalnie klasowymi – przynajmniej teoretycznie. Nasze spojrzenie wykrzywia odosobniony wieczór, tamto niezwykłe zwycięstwo na Stadionie Narodowym. Gdybyśmy wówczas zgodnie z oczekiwaniami przegrali, mielibyśmy dzisiaj tyle samo punktów, co Szkoci; wspominalibyśmy mecze udręki z nimi (2:2) oraz Irlandią (1:1); poważnie wątpilibyśmy w awans na Euro 2016.

Jeśli jednak się do Niemców dobierać, to właśnie teraz. W ubiegłym roku moment był idealny, ponieważ rywalom szumiało jeszcze w głowach po złocie MŚ. A teraz jest prawie idealny, ponieważ rywale stali się wrażliwsi na ciosy niż zwykle, a Polacy mają pełen komfort – porażki nikt im nie wypomni, porażka nie odbierze szans. Do przegrania mają niewiele, do wygrania – cały świat. Niepokoi tylko niepisana reguła, że Niemcy stają się tym bardziej niebezpieczni, im bardziej słyszą, że wpadli w kryzys. W 2002 r. sami twierdzili, że wysyłają na mundial swoją najgorszą drużynę w dziejach. A potem zdobyli srebro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s