Zwycięska porażka

To się oglądało! Możemy nienawidzić tradycyjnego, skażonego zgodą na przewlekłą klęskowość „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”, ale we Frankfurcie nasi piłkarze na zawartą w tytule przesadę zwyczajnie zasłużyli. Choć tym razem ulegli Niemcom, to wypadli nawet okazalej niż przed rokiem, gdy zwyciężyli.

Inny miły paradoks polega na tym, że pomimo niepowodzenia do Euro 2016 się zbliżyli. Szkocja poprzez wpadkę w Gruzji właściwie wypisała się z zabawy – i moja wyobraźnia jest już zbyt uboga, by wymyślić, jak nasi piłkarze mieliby nie awansować. Ściąć mogłaby ich tylko wyjątkowo nieszczęśliwa kombinacja wyników, niewykluczone, że w październikowym dwumeczu z wyspiarzami wystarczy im urwać jeden marny punkcik.

Niemcy niby przywrócili wszystkiemu właściwie proporcje. Kiedy przyduszali naszych wysokim pressingiem, a po przejęciu piłki zaczynali między nimi wirować, znów wyglądali jak mistrzowie świata. Polacy natomiast znów wyglądali momentami – zwłaszcza w defensywie – jak drużyna lepiona w sporej mierze z ludzi odrzuconych przez Bundesligę, zwiedzających egzotyczne rozgrywki saudyjskie czy chińskie, ewentualnie zmarginalizowanych w klubach poważniejszych. W perspektywie walki o Euro 2016 nie ma to jednak śladowego znaczenia. Jak nie wolno nam było wnioskować o sile reprezentacji na podstawie ubiegłorocznego zwycięstwa nad Niemcami, tak nie wolno byłoby jej oskarżać z powodu wczorajszego rewanżu, nawet gdyby okazał się nie do zniesienia.

Nie okazał się, ba, wypada docenić, że oglądaliśmy piłkarzy świadomych swojej wartości, którzy zagrali śmiało przy 0:0, a potem potrafili porwać się na atak przy 0:2. Jakby nie słyszeli o osławionym kompleksie polskim, przez wiele lat prowadzących naszych do zguby – bo wprawiającym w lęk – w starciach z rywalami ze światowej czołówki. Nie, Polacy z mistrzami świata serio się naparzali. Na ich boisku. Brawura w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Owszem, powtórki z cudu nad Wisłą AD 2014 nie było. Niemcy przerwali opowieść z tysiąca i jednej nocy – o trenerze Adamie Nawałce, dla którego wychodzą z siebie piłkarze po przejściach, w powszechnej opinii niegodni reprezentacji. Od wykpiwanego jako infantylny mięczak Sebastiana Mili, który pogrążył Niemców, przez lansowanego przeciętniaka z Zabrza Krzysztofa Mączyńskiego, który trafił Szkocję, po lubiącego bezmyślne galopady Sławomira Peszkę, który przyłożył Irlandii. Wczoraj teoretycznie najsłabsi wyglądali najsłabiej. Skoro Łukasz Piszczek nie wzbudza zaufania nowego trenera w Dortmundzie i boryka się permanentnymi kłopotami zdrowotnymi, to nic dziwnego, że w otoczeniu tańczących rywali wyglądał jak półprzytomny.

Nasi znów przypomnieli jednak, że mają zaletę bezcenną w eliminacjach i w ogóle we wszelkich wyzwaniach rozciągniętych na mnóstwo meczów. Otóż ludzie Nawałki zasadniczo nigdy nie dają ciała. Kiedy myśleliśmy dotąd o jego reprezentacji, stawało nam przed oczami zwycięstwo nad Niemcami – mecz o wymiarze mitu założycielskiego – bo to właśnie ekstrema zostają w zbiorowej pamięci, z czasów Leo Beenhakkera też przetrwało głównie sensacyjne 2:1 z Portugalią. Jeśli jednak przeanalizujemy wszystko, czego dokonali piłkarze pod obecnym przywództwem, ujrzymy przede wszystkim drużynę, który nigdy nie zjeżdża poniżej minimum przyzwoitości. Chętnie remisuje (cztery z ostatnich siedmiu meczów), bardzo rzadko przegrywa, każdemu wydaje wojnę. Odleciała ledwie raz, ale też ani razu się nie skompromitowała.

We Frankfurcie też trzymała fason. Przebieg wieczoru mnie nie zdumiał, przeciwnie, utwierdził w przekonaniu wyrażonym w przedmeczowym felietonie – oto najsilniejsza od jesieni 2007 r. reprezentacja Polski zderzyła się z najsłabszą od jesieni 2007 r. reprezentacją Niemiec. To wciąż naszym nie wystarcza, by prężyć się wyżej w tabeli, ale nawet nieuleczalni malkontenci przyznają, że 3:3 w dwumeczu z mistrzami świata to bilans wprost bajkowy.

A trwający rok jest dla polskiego futbolu jeszcze ładniejszy niż ubiegły, też atrakcyjny. Nie nęka nas zawstydzającymi popisami reprezentacja, nie nękają nas meczami gniotami rywalizujące zagranicą kluby. I niebawem zacznie się jesień nadzwyczajna, w XXI wieku niespotykana. Oto klubowi mistrzowie (Lech) i wicemistrzowie (Legia) kraju podarowali nam długie wieczory w Lidze Europejskiej, a piłkarze Nawałki mkną ku Euro 2016. Znaczy tu musi być jakaś cywilizacja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s