Liga superklubów

Manchester City i Paris Saint Germain. Czy jedyne kluby piłkarskie świata, które stać na wszystko, wreszcie podbiją Ligę Mistrzów?

Gdyby sądzić po przebiegu ostatniej dekady, bezdyskusyjnym faworytem byłaby Barcelona. Najcenniejsze klubowe trofeum zdobywała w tym okresie czterokrotnie, tymczasem jej konkurenci triumfowali najwyżej raz.

Gdyby natomiast hierarchizować faworytów na podstawie historii najnowszej, obok Barcelony trzeba by postawić Real Madryt i Bayern. Wszyscy wymienieni wystąpili w półfinałach pięciu z sześciu ostatnich edycji LM. Jeśli odpadają, to zazwyczaj dlatego, że zderzyli się ze sobą. Inni wpychali się na pułap półfinału incydentalnie, nikt nie umiał utrzymać się tam z roku na rok.

Najwięksi panują również w swoich krajach. Panowali zawsze, ale teraz osiągnęli przewagę bezprecedensową. Barcelona z Realem wymieniają się mistrzostwem i wicemistrzostwem, po 2004 roku pozwoliły jedynie na odosobnione wyskoki Villarrealowi oraz Atlético Madryt. Bayern zdobywa tytuł kilka tygodni przed końcem sezonu.

Dlatego znów uchodzą za faworytów LM – i według fachowców, i według bukmacherów. Przewodzą rankingowi UEFA, a ponieważ stworzyły drużyny wręcz perfekcyjne, to latem tylko je retuszowały. I po raz pierwszy od lat nie odpowiadają za żaden z najkosztowniejszych transferów, choć oczywiście uzupełniały kadry zakupami luksusowymi. Real wyrzucił 35 mln euro za rezerwowego środkowego pomocnika Mateo Kovacicia oraz 31,5 mln za prawego obrońcę Danilo; Barcelona dołożyła mięśni i agresji do środka pola w osobie Ardy Turana (34 mln) i również uzupełniła prawą obronę Aleixem Vidalem (17 mln, obaj zadebiutują dopiero wiosną z powodu kary nałożonej na klub przez FIFA); Bayern wziął wojownika Arturo Vidala (37 mln) oraz skrzydłowego Douglasa Costę (30 mln). Żaden nie przejmie czołowych ról na boisku, żaden nie wpłynie też znacząco na styl gry – nawet ostatni z przywołanych, w Bundeslidze na razie oszałamiający, wyręcza po prostu schorowanego Francka Ribery’ego.

Tercet wspaniałych nie ustanawia nowych transferowych rekordów, bo nie musi. Gdyby nie fiasko transferu bramkarza Davida De Gei do Madrytu, moglibyśmy postawić tylko minimalnie ryzykowną tezę, że na rynku nie ma prawie nikogo, kto mógłby faworytów wzmocnić. Wyjąwszy może kilku wirtuozów wiekowych (Zlatan Ibrahimović) czy przewlekle kontuzjowanych (Sergio Agüero).

Spełnia się koszmar kibiców niechętnych nowoczesnemu futbolowi, przerażonych wizją podzielenia go między kilka globalnych korporacji. Żyjemy w epoce superklubów – określenie coraz częściej stosowane w europejskiej publicystyce – które nie dość, że wygrywają, to jeszcze wywołują wrażenie, że są za duże, by kiedykolwiek upaść. Doprecyzowując: będą przegrywały pojedyncze mecze, przytrafi im się nawet nieudany sezon, ale natychmiast się podniosą. Stały się marketingowymi perpetuum mobile, ergo utrzymają gigantyczne przychody, ergo zaleczą kryzys gigantycznymi transferami. A z rachub analityków wiemy, że budżety – zwłaszcza płacowe – wpływają na wyniki nawet w 80 proc.

Za superklub w przejściowych tarapatach uchodzi Manchester United, którego szanse w LM szacować wyjątkowo trudno – wraca do elity po rocznej absencji, a trener Louis van Gaal zburzył tam wszystko, by wszystko stwarzać od nowa (oczywiście za wydane w rok setki milionów). Ale są też superkluby potencjalne. Jeszcze ubogie w ponadlokalne zaszczyty (bez żadnych europejskich trofeów), już równe finansowo Barcelonie, Realowi i Bayernowi.

A nawet potężniejsze. Manchester City i Paris Saint Germain dysponują budżetami w zasadzie nieograniczonymi, bo pierwszy należy do szejka Mansoura, czyli członka rodziny królewskiej Abu Dhabi (jeden ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, monarchia dziedziczna), a drugi do Nassera Al-Khelaifiego, czyli ministra katarskiego rządu. To na dobrą sprawę kluby państwowe, w dodatku inwestują w nie najbogatsze kraje świata. I traktują zaangażowanie w futbol strategicznie. Jeśli nie przejęły jeszcze Messiego (marzą o nim wicemistrzowie Anglii) czy Ronaldo (marzą o nim mistrzowie Francji), to tylko dlatego, że Barca oraz Real nie chcą w ogóle zasiadać do negocjacji, odrzucając wszelkie, nawet absurdalnie wysokie oferty. A piłkarze wciąż czują, że superkluby „stare”, mające za sobą dekady zwycięskich tradycji, przydają więcej prestiżu niż superkluby „nowe”, wyniesione na szczyt z dnia na dzień wskutek szczęśliwego zrządzenia losu.

Inwazję tych ostatnich miało wyhamować Finansowe Fair Play, ale UEFA właśnie uchyliła kary nałożone na MC i PSG (miały wydawać za dużo w stosunku do przychodów), a prezes Michel Platini powoli się z projektu wycofuje. Dlatego oba kluby dokonały tego lata najdroższych transferów (odpowiednio: Kevin De Bruyne za 74 mln oraz Ángel Di Maria za 63 mln) i chcą wreszcie przełamać się w LM.

Francuzi, którzy podejmą dzisiaj Malmö, mają w składzie najwybitniejszych piłkarzy bez tego trofeum (Ibrahimovic, Thiago Silva) i od trzech sezonów odpadają w ćwierćfinale. Najpierw po remisach w dwumeczach – 3:3 z Barceloną, 3:3 z Chelsea – a ostatnio po porażce z Barceloną, która następnie w olśniewającym stylu zdobyła potrójną koronę. Oni zaczynają przypominać Chelsea, która była pionierem wśród drużyn ozłoconych przez zagranicznego właściciela. Zbudowana na fortunie Romana Abramowicza zebrała fantastycznych piłkarzy, którzy co sezon przegrywali minimalnie, by zatriumfować dziewięć lat po przybyciu Rosjanina, gdy jej liderzy przekroczyli trzydziestkę. PSG też wygląda dziś na uśpioną bestię zdolną rozszarpać każdego.

Piłkarze Manchesteru City (podejmą dziś Juventus), gdy wysuwali nosy poza Anglię, nigdy tak nie wyglądali. W Champions League nie dotknęli ćwierćfinału – za to zdarzało im się odpadać już jesienią – więc jako najhojniej opłacana drużyna w całym sporcie zasługują zarazem na niesławę beneficjentów najgłupiej wydanych pieniędzy w historii futbolu. Jednak w ubiegłym sezonie po tradycyjnie beznadziejnym starcie zaimponowali finiszem w fazie grupowej (byli ostatni w tabeli, w meczach o przetrwanie pokonali Bayern i na wyjeździe Romę), a potem mieli pecha wpaść pod korki natchnionej Barcelony. Zostawili już lepsze wrażenie niż w latach wcześniejszych.

Oni mają kadrę najszerszą i najbliższą ideału w Anglii, w której w tym sezonie wyłącznie wygrywają i nigdy nie tracą gola, choć wciąż czekają na wkomponowanie do drużyny De Bruyne’a, w Bundeslidze rewelacyjnego. Im – podobnie jak PSG – opierają się wyłącznie piłkarze Barcelony, Realu i Bayernu. I są – podobnie jak PSG – skazani na sukces. Abramowicz czekał dziewięć lat, Mansour czeka siedem, a Al-Khelaifi – cztery. Rosjanin już się nasycił i wydaje wstrzemięźliwie, oni są zdeterminowani. Niewykluczone, że wkrótce pojmiemy, dlaczego Florentino Perez właśnie ogłosił, że chętny na przejęcie Ronaldo musiałby wyłożyć zapisany w klauzuli wykupu miliard euro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s