95 proc. Berga, czyli wspaniała wiadomość dla Legii

Gdybym był adwokatem Henninga Berga – oskarżonego o nieumiejętne prowadzenie Legii Warszawa i oczekującego na nieuchronne ogłoszenie wyroku skazującego – przedstawiłbym sądowi następujące okoliczności łagodzące. Każda była dla klubu zdarzeniem wstrząsającym albo przynajmniej bardzo hamującym, każda zachodziła w momencie newralgicznym.

Pierwsza, z lata 2014: walkower za wystawienie do gry zdyskwalifikowanego Bereszyńskiego, który spowodował, że efektowny triumf nad Celtikiem, mogący być dla Legii przełomem jakim dla reprezentacji Polski był triumf nad Niemcami, stał się wysiłkiem tyleż godnym podziwu, co zbędnym. Druga, z zimy 2015: nagła rejterada absolutnego lidera drużyny Miroslava Radovicia, która nastąpiła nie przed, lecz po przygotowaniach do sezonu, dosłownie w przededniu jego rozpoczęcia. I trzecia okoliczność, z lata 2015: depresja Ondreja Dudy, który uciekł z Warszawy duchem, a został ciałem, ergo nie został ani sprzedany, ani zatrzymany, ergo Legia nie nie kupiła następcy, ergo najzdolniejszego gracza drużyny zastąpiło zombie.

Nie są to okoliczności, które usprawiedliwiałyby dowolny wybryk trenera, ale są to, powtórzmy, okoliczności łagodzące. W klubie z ambicjami, reklamującym się jako (lokalna) potęga nie powinny przytrafić się wcale, a już pod żadnym pozorem nie powinny się przytrafiać seryjnie, w każdej kolejnej przerwie międzysezonowej. Zwłaszcza że nawet spodziewane i zaplanowane pozbycie się jednostki wybitnej (na tle kolegów) trudno znieść bezboleśnie, i to także na wyraźnie wyższym poziomie, przypomnijmy sobie tarapaty, w jakie wpadały Borussia Dortmund bez Lewandowskiego, Liverpool bez Suareza czy Tottenham bez Bale’a.

Przekonując do swoich racji przed sądem, zastanawiałbym się zarazem, czy mój klient w ogóle popełnił przestępstwo. Czy i jak wykonywał stawiane mu zadania, w przypadku trenerów piłkarskich stosunkowo klarowne, łatwe do zweryfikowania.

Cel nr 1, mistrzostwo kraju 2014? Osiągnięty, Legia według Berga nawet zwiększyła punktową przewagę nad rywalami odziedziczoną po Legii według Jana Urbana.

Cel nr 2, awans do Ligi Europejskiej? Osiągnięty.

Cel nr 3, mistrzostwo kraju 2015? Nieosiągnięty.

Cel nr 4, Puchar Polski 2015? Osiągnięty.

Cel nr 5, ponowny awans do Ligi Europejskiej? Osiągnięty.

Jeśli celów nie zhierarchizujemy i maksymalnie uprościmy rachuby, okaże się, że Henning Berg wykonał zadanie w 80 procentach. I wyrok skazujący wciąż wyda się zrozumiały, w każdym razie dopuszczalny – nic dziwnego, że klub z ambicjami żąda wydajności jeszcze wyższej.  Sami szefowie Legii liczyli chyba jednak inaczej, skoro po przegranej walce o mistrzostwo Polski trenera uniewinnili. A wówczas nie wiedzieli jeszcze, że ich piłkarze latem znów awansują do LE, zatem skuteczność Norwega mieliby prawo wyceniać jeszcze niżej, na 75 proc.

I zachowali się racjonalnie, w końcu od obronienia mistrzostwa Polski dzieliły warszawiaków drobiazgi – wystarczyłoby jeden remis zastąpić wygraną – a wszyscy ligowcy działali w warunkach eksperymentu, w sezonie rozciągniętym do 37 kolejek i ukwieconym kuriozalnym ułamkowaniem punktów. Co więcej, zanim Berg minimalnie przegrał rywalizację kraju, wycisnął z piłkarzy maksimum zagranicą – 9 kolejnych zwycięstw, awans do 1/16 finału LE, 644 minuty bez utraty gola etc. Czyli zanim swego jedynego celu nie osiągnął, inny osiągnął z imponującym naddatkiem. A mnożąc wyniki przez wspomniane okoliczności łagodzące, jego wydajność była bliższa 90 niż 80 proc.

Bieżący sezon jej nie obniża – piłkarze znów awansowali do LE (bez nadwyrężania kibicowskich układów nerwowych, po passie sześciu zwycięstw), Puchar Polski rozpoczęli od 2:0 w Łęcznej i 4:1 z Lechią, w tzw. ekstraklasie ponieśli straty zbyt skromne, by panikować, zwłaszcza wobec wspomnianego dzielenia punktów po 30 kolejkach. I choć w kryzys niewątpliwie wpadli, to wybrali chwile dalekie od krytycznych – nie wtedy, gdy rozstrzygała się sprawa wejścia do LE, i nie wtedy, gdy rozstrzyga się sprawa mistrzostwa kraju. A czwartkowy mecz z Napoli przypomniał, że Legia pozostaje najlepiej przygotowanym do europejskich wyzwań polskim klubem. Bezapelacyjnie najlepiej. Warszawiacy przegrali, bo musieli przegrać – zderzyli się z najsilniejszym rywalem, jaki przyjechał na Łazienkowską od wielu lat – ale zostawili wrażenie porządnie zorganizowanej drużyny, którą nie stać na więcej z powodu ograczeń widocznych w wyszkoleniu tworzących ją jednostek. Zostawili wrażenie dalece przyjemniejsze niż rozsmarowany na spodzie ligowej tabeli Lech Poznań, który tego samego dnia w Bazylei nawet nie udawał, że mu się chce. (I jeśli Berg ma zasługiwać na zwolnienie, to trener Maciej Skorża zasługuje prawdopodobnie na publiczne wybatożenie oraz rok w kamieniołomach).

Pisania o wrażeniach bezpieczniej jednak unikać, tak jak bezpieczniej unikać pochylania się nad każdym legionistą z osobna, by spróbować pomierzyć, czy pod rządami Berga „rozwija w satysfakcjonującym stopniu” albo „gra na maksimum swoich możliwości”. Utonęlibyśmy w subiektywizmach nie do okiełznania. Ja uważam np., że Michał Kucharczyk przechodził w Legii samego siebie, ale jak udowodnić, że wydałem sprawiedliwy werdykt o jego potencjale, gdy przed kilkunastoma miesiącami przypuszczałem, że skończy jak Jakub Kosecki? I jakich wzorów użyć, by obliczyć czas, na jaki zasługuje trener, by nadać nową tożsamość drużynie, której kadrę radykalnie odmieniły transfery tak znaczące, jak pozyskanie Nikolicia czy Prijovica?

Dlatego wybieram twarde dane: 80 proc. wykonanych głównych celów, najwięcej zdobytych przez Legię ligowych punktów za kadencji Berga (124, przy 107 Lecha i 98 Jagiellonii), wprost rewelacyjny jak na nadwiślańskie standardy bilans w Europie (22 mecze, 16 wygranych). Wybieram twarde dane, by po uwzględnieniu przywoływanych na początku czynników obiektywnych – wiały Bergowi w oczy – oraz popełnionych błędów szacować, że globalnie jest jak dotąd trenerem na 95 proc. Czyli prezes Bogusław Leśnodorski podjął słuszną decyzję, by go zatrudnić. A byłem sceptyczny, wyglądała mi na wybór wybitnie przypadkowy – wylosowaliśmy Molde, radę rzucił Ole-Gunnar Solskjaer, zachłysnęliśmy się przeszłością poleconego przezeń kandydata w Manchesterze, dlaczego by nie spróbować etc.

I być może to był taki wybór, sukces (zwłaszcza krótkotrwały) przynosi czasami nawet przypadek. W każdym razie zwalnianie trenera osiągającego zlecone cele w stopniu bliskim ideału jest uzasadnione tylko wtedy, gdy walory jego następcy, naturalnie wnikliwie sprawdzone, pozwalają wierzyć, że drużynę przejmie fachowiec ewidentnie bardziej kompetentny, niemal gwarantujący wyniesienie jej na zupełnie inny poziom. Inaczej prezes reagowałby nieodpowiedzialnie, w sposób niegodny ambitnego szefa klubu z ambicjami, może wręcz głupio.

Tym bardziej intryguje mnie postać nowego trenera Legii. Jeśli Leśnodorski znalazł fachowca, który jest wart wylania w trakcie sezonu trenera osiągającego wyniki na poziomie Berga, to zmiana nie jest dla kibiców wiadomością dobrą, lecz wspaniałą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s