Messi wiecznie złoty

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Argentyńczyk odebrał piątą Złotą Piłkę w karierze i wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów. A czwarty w najważniejszym futbolowym plebiscycie Robert Lewandowski wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów w Polsce.

Werdykt trenerów i kapitanów reprezentacji oraz dziennikarzy ze wszystkich krajów zrzeszonych FIFA – to oni głosują – był wybitnie niekontrowersyjny, bo Leo Messi wraz z Barceloną wygrał w minionym roku niemal wszystko, co było do wygrania. Od Ligi Mistrzów, przez ligę hiszpańską i Copa del Rey, po klubowe mistrzostwa świata. Nie powiodło mu się jedynie w reprezentacji Argentyny, która w finale Copa America uległa Chile. I w grze dla kraju zaczyna być wiecznie srebrny (finał mundialu też przegrał, z Niemcami), a rodacy podejrzewają, że nie poświęca jej tyle, ile Barcelonie, przyczepiają się nawet to do tego, że nie śpiewa hymnu.

Messi wyrasta na absolutnego plebiscytowego rekordzistę, jego wspaniali poprzednicy – Johan Cruyff, Michel Platini, Marco van Basten, przed rokiem dołączył do nich Cristiano Ronaldo – otrzymywali nagrodę tylko trzykrotnie. I można zakładać, że jeszcze dorobek wzbogaci, w Barcelonie przewodzi bowiem drużynie pożerającej trofea bez opamiętania, coraz bardziej zachłannej i coraz bardziej drapieżnej. Ba, od kilkunastu miesięcy wraz z Neymarem i Luisem Suárezem współtworzy bezprecedensowo niebezpieczny atak, który w ubiegłym roku kalendarzowym strzelił 142 gole, czyli więcej niż wszystkie inne całe drużyny, nawet Paris Saint Germain (138), Bayern Monachium (132) i Real Madryt (127).

W katalońskim klubie głębokie kryzysy od lat wyglądają tak, że drużyna osiąga „zaledwie” półfinał Ligi Mistrzów. A u Messiego tak, że zamiast grać fenomenalnie, gra on bardzo dobrze – na poziomie, o którym inni piłkarze, także gwiazdy, mogą jedynie marzyć. To być może jego najbardziej charakterystyczna cecha. Mordercza regularność. Nieludzka niezdolność do występu beznadziejnego, okazywana nawet w słabszym dniu.

Normalni sportowcy potrzebują czasu, by odzyskać pełną sprawność po kontuzji. Ożywają stopniowo, od kopnięcia do kopnięcia, od meczu do meczu. Nie Messi. Kiedy w listopadzie wyleczył kolano (kuracja ciągnęła się dwa miesiące), potruchtał w końcówce hitu z Realem Madryt, by już trzy dni później zasadniczo przyczynić się do rozbicia Romy w Champions League (6:1) – zdobył dwie bramki, przy jednej asystował, oddał zdecydowanie najwięcej strzałów. I od tamtej pory zdarzyły mu się tylko dwa mecze bez gola. W ostatnich 10 nastrzelał 12.

Bieżący rok Argentyńczyk zaczął jak zwykle. Osiem bramek Barcelony w spotkaniach z Espanyolem i Granadą można podzielić na te, które sam zdobył (5), i na te, które poprzedziła jego asysta (3). Widzimy też, że nadal poleruje swoją perfekcyjną technikę, niepostrzeżenie wypiękniał np. na bodaj najwytrawniejszego specjalistę od rzutów wolnych. Kiedy uderza, trafia właściwie wyłącznie do siatki lub w poprzeczkę/słupek. W taki sposób strzelił ostatniego gola, w taki sposób strzelił dwa pierwsze w sezonie (wygrany z Sevillą 5:4 Superpuchar Europy). Krystaliczna wirtuozeria.

Jemu „zagraża” Neymar, w tegorocznym głosowaniu trzeci, megagwiazdorskiej pozycji Roberta Lewandowskiego w Polsce nie podważy nikt. On w naszej perspektywie spotężniał do wymiarów Messiego w perspektywie globalnej – wśród konkurentów kopiących po upadku komuny trudno go z kimkolwiek porównywać, my też coraz częściej zastanawiamy się, czy nasz współczesny nadpiłkarz nie zasługuje na tytuł najlepszego w historii. Ewentualnie – kiedy zasłuży.

Z Argentyńczykiem łączy go regularność (oczywiście na niższym poziomie), a także konsekwentne, niemal pozbawione przestojów wzlatywanie na szczyt. Od mistrzostwa kraju z Lechem, przez mistrzostwo z Borussią Dortmund, do mistrzostwa z Bayernem, w którym Lewandowski w minionym roku z jednego z wielu monachijskich superbohaterów przeobraził się w superbohatera pierwszoplanowego. Oto polski piłkarz stał się liderem największego dziś obok Barcelony i Realu klubu świata. Wylansował go tamten czarodziejski epizod, czyli pięć goli wbitych Wolfsburgowi w dziewięć minut – mecze emblematy są niezbędne, by zyskać rozpoznawalność absolutną – ale o klasie Lewandowskiego stanowi właśnie systematyczność, zaleta u napastnika fundamentalna. Podczas sezonów spędzonych w Dortmundzie strzelał kolejno 30, 36 i 28 goli, w inauguracyjnym w Monachium uzbierał ich 25, a w bieżącym ma już 23, zatem niewykluczone, że ustanowi rekord swojej kariery. Raz był królem strzelców Bundesligi, dwa razy – wicekrólem strzelców, raz zajął w snajperskim rankingu trzecie miejsce. I teraz też raczej nie spadnie z podium, w połowie sezonu ustępuje tylko Pierre-Emerickowi Aubameyangowi.

Kibice reprezentacji też – jak argentyńscy Messiego – oskarżali go o niewystarczające zaangażowanie w grę dla kraju. I on też – jak Messi – potrzebował czasu, by zostać jej bezapelacyjnym liderem. Ale rok 2015 w polskich barwach był już dla Lewandowskiego perfekcyjny. Zwycięski gol w rozstrzygającym o awansie na Euro meczu z Irlandią, gol na miarę ocalenia w 94. minucie boju w Glasgow, gole w każdym z pięciu ostatnich spotkań eliminacyjnych. Nie ulega wątpliwości, że jeśli nie rozłoży go nieszczęśliwy wypadek, to pobije wszelkie statystyczne rekordy w reprezentacji Polski. Zdobył już 34 bramki (do lidera Włodzimierza Lubańskiego brakuje 14), wystąpił w 73 meczach (do lidera Michała Żewłakowa brakuje 29).

To jednak zaledwie didaskalia, dla kibica liczą się wymierne osiągnięcia drużyny. Jak medale MŚ, dzięki którym na podium Złotej Piłki stawali Kazimierz Deyna (1974) oraz Zbigniew Boniek (1982). I dopóki Lewandowski pozostanie w reprezentacji niespełniony, dopóty kwestionowana będzie jego kandydatura na naszego piłkarza wszech czasów. Znów – tak jak u Messiego, tyle że Argentyńczyk musi srebro przetopić na złoto, a Polakowi wystarczy zapewne zastąpić awans na Euro awansem do półfinału Euro. Bo dokopać się do Złotej Piłki w biało-czerwonej koszulce będzie raczej trudno. Do tego niezbędny może się okazać jeszcze jeden skok, dalekosiężny także w sensie marketingowym. Transfer do Realu Madryt.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s