Umarł Johan Cruyff

Johan Cruyff i Pep Guardiola

Żaden gigant piłki nożnej nie wpłynął na jej historię bardziej.

Kiedy przed kilkoma tygodniami Leo Messi wprawił świat w zdumienie, bo z rzutu karnego nie kopnął piłki w kierunku bramki, lecz podał ją do Luisa Suareza, pomyśleliśmy – my, entuzjaści futbolu – że najwybitniejszy współczesny zawodnik składa hołd Cruyffowi. Holender zagrał kiedyś identycznie, a dzień wcześniej ogłosił, że wygrał wojnę z rakiem.

Płuca zatruł nikotyną. Paczkę papierosów odkopnął – najpierw nią żonglował, w słynnej reklamie promującej zdrowy styl życia – ćwierć wieku temu, gdy zdiagnozowano u niego chorobę wieńcową i operowano mu serce. A potem wyniósł Barcelonę na szczyt. Jako trener osobiście poprowadził ją do pierwszego historii Pucharu Europy, jako wybitny myśliciel zainspirował następców, jako innowator i strateg zaprojektował unikatową metodę szkolenia młodzieży. Dla Messiego stworzył idealny świat dzieciństwa, w którym talent przetapia się na złoto, dla naczelnego dzisiaj trenerskiego filozofa Pepa Guardioli był niczym Sokrates dla Platona.

Jedyny w historii, który aż tak wirtuozem był i na boisku, i po zejściu z boiska.

W latach 70. ucieleśniał urodę holenderskiego „futbolu totalnego” – bajecznego, a zarazem wyprzedzającego epokę – i trzykrotnie podnosił Złotą Piłkę, najbardziej prestiżową indywidualną nagrodę w tym sporcie. Współcześni obwołali go Pitagorasem w korkach. Za niezwykłą geometrię akcji, jaką nadawały im podania zrodzone w jego wyobraźni i precyzyjnie odmierzane jego stopami. Teoretycznie był środkowym napastnikiem, ale nie wytrzymywał w jednym miejscu. Cofał się, inicjował ataki, chciał kontrolować wszystko, co dzieje się na murawie.

Na mundialu w 1974 r. zdobył „tylko” srebro, ale nie tęsknił za złotem. Przynajmniej tak deklarował. Wystarczało mu, że wraz z fantastycznie uzdolnionymi kolegami wprawia miliony ludzi w ekstazę. Tej idei pozostał wierny do końca. Jako trener Barcelony przed finałem Ligi Mistrzów rzucił piłkarzom legendarne „Idźcie i bawcie się”. A gdy na MŚ w 2010 r. jego rodacy znów zaczęli wygrywać – oczywiście w finale przegrali – Cruyff im nie gratulował, lecz potępiał toporny styl gry. I to potępiał absolutnie. Każde odstępstwo od jego przykazań było herezją.

W rankingach graczy wszech czasów holenderskiego geniusza umieszcza się zaraz za Pelem i Maradoną. O ile jednak Brazylijczyk po zakończeniu kariery stał się kukłą uświetniającą imprezy FIFA i reklamowe, a Argentyńczyk niezrównoważonym awanturnikiem i beznadziejnym trenerem, o tyle Cruyff po zejściu z boiska nigdy nie zrobił niczego, co naruszyłoby jego reputację albo uczyniło postacią skromniejszego formatu. Już jako zawodnik porywał charyzmą poza boiskiem, był przeciwieństwem Messiego, który bez piłki przy nodze nie istnieje. Wiecznie zbuntowany, katalońskim imieniem Jordi ochrzcił syna wbrew zakazowi reżimu gen. Franco. A jako piłkarz Ajaxu, po fiasku kontraktowych negocjacji zdradził klub dla wrogiego Feyenoordu. I natychmiast poprowadził klub z Rotterdamu do mistrzostwa kraju.

Zasługą Cruyffa są – mniej lub bardziej bezpośrednio – wszystkie sukcesy reprezentacji Holandii i Ajaxu Amsterdam (trzy Puchary Europy z rzędu!). Jego zasługą są – mniej lub bardziej bezpośrednio – wszystkie sukcesy Barcelony, w której osiadł u schyłku lat 80. Jego zasługą są – niebezpośrednio – wszystkie współczesne sukcesy reprezentacji Hiszpanii.

Choć bowiem z ojczyzny się wyprowadził, to jej nie porzucił i zachował nieformalne wpływy. Niby tylko doradzał, w istocie mianował trenerów, którzy potem do niego wydzwaniali, traktując mistrza jak wyrocznię i telefon zaufania w jednym. A triumfy Barcelony w Lidze Mistrzów? Pierwszy firmował sam Cruyff szkoleniowiec. Drugi firmował polecony przezeń Frank Rijkaard, który jako piłkarz dorastał przy mentorze, gdy ten postanowił w dojrzałym wieku wrócić na murawę. Trzeci i czwarty podpisał Guardiola, według wielu autor futbolowego arcydzieła wszech czasów, zatrudniony jako kompletny żółtodziób – znów dzięki wstawiennictwu guru z Holandii, zarząd preferował bowiem José Mourinho, którym Cruyff gardził i uważał za zło wcielone. Jak zresztą każdego cynika i pragmatyka, poświęcającego dla wyniku estetykę spektaklu.

Aż wreszcie nastała era reprezentacji Hiszpanii, ufundowana na potędze katalońskiej. Gdy na Camp Nou zaufano Cryuffowi totalnie, wkrótce powstał tam niepodrabialny styl gry – tak piękny, jak skuteczny – a jemu, czyli tiki-tace, cały kraj zawdzięcza złoto na Euro 2008, MŚ 2010 i Euro 2012. I uzmysłowiliśmy sobie, że najznakomitszy europejski futbolista w historii przemożnie wpływał na piłkę nożną przez cztery dekady z okładem. A wczoraj poczuliśmy, że zmarła cała nowożytna piłka nożna.

Gdy Cruyff ją wymyślał, często forsował tezy przeczące naszej podstawowej intuicji. Podawał je z rewolucyjną bezkompromisowością i autorytarną pewnością siebie, dlatego ludzie go słuchali, tak jak wcześniej podziwiali jego osobność na boisku. Tam zakładał koszulkę z czternastką. Po raz pierwszy przez przypadek, potem już świadomie i wbrew rozkazom zwierzchników, kopał bowiem w czasach uporządkowanego przydzielania podstawowym piłkarzom numerów od jedynki po jedenastkę. Ale on nie dał się uwięzić w schemacie. Nienawidził przede wszystkim banału.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s