Niepokój przed Euro 2016

Poczuliśmy go dopiero teraz, niemal w przededniu mistrzostw kontynentu. Nie dość, że polscy piłkarze ulegli w sparingu Holendrom 1:2, to jeszcze rozegrali najsłabszy mecz od czerwca ubiegłego roku.

Od kilkunastu miesięcy przyzwyczajaliśmy się, że wszystko dzieje się zgodnie z planem Adama Nawałki. Sprawdzają się jego wybory personalne, wypalają pomysły na wykonywanie rzutów rożnych, treningi udoskonalają organizację gry. Reprezentacja frunęła coraz wyżej, to było widać, słychać i czuć.

Dzisiaj na stadionie w Gdańsku działo się jednak zgodnie z powszechnymi obawami wywołanymi kontuzją Macieja Rybusa. Zastępujący go na lewej obronie Artur Jędrzejczyk od początku reagował niepewnie, nie zapobiegł dośrodkowaniu będącym asystą przy pierwszym golu dla Holendrów (choć najbardziej „zasłużył się” Krzysztof Mączyński, to on miał pilnować strzelca gola Janssena), być może zrodził w głowie selekcjonera rozterkę, czy zamiast obrońcy prawonożnego, nie ustawić tam lewonożnego Jakuba Wawrzyniaka (dzisiaj po przerwie wypróbował kompletnie ignorowanego w eliminacjach Thiago Cionka).

Najbardziej bolesna była jednak nieobecność Grzegorza Krychowiaka, który nie opuścił w eliminacjach ani minuty. Bo to nie tyle wśród środkowych pomocników w kadrze najbardziej klasowy, ile jedyny twardziel wyspecjalizowany w grze obronnej. Bo to piłkarz, przy którym biegający obok koledzy czują się pewniej. Szczęście w nieszczęściu, że akurat on na Euro 2016 wróci.

Wytykanie pojedynczych winnych mija się zatem z celem, skoro marnie wyglądała w defensywie cała drużyna. Nieskomunikowana, nienadążająca, chwilami wręcz nieporadna (skandaliczna strata piłki na własnej połowie przez Michała Pazdana). A ponieważ Polacy długo byli wyzuci z idei także w ataku – przykro było patrzeć zwłaszcza na ociężałego rozgrywającego Piotra Zielińskiego – to generalnie oglądaliśmy sparing nijaki, zupełnie niepodobny do wszystkich poprzednich rozegranych po awansie na Euro 2016. Gdybyśmy chcieli przywołać występ równie marny, musielibyśmy wrócić do czerwca minionego roku. Wtedy piłkarze Nawałki zremisowali z Grecją. Ale wtedy myślami już prawdopodobnie na wakacjach, a teraz czeka ich – jak chętnie deklarują – największe wyzwanie w karierze.

Dzisiaj rozczarowywał nawet Robert Lewandowski. Owszem, inni mu nie pomagali – ech, te niedokładne podania – ale on im również nie pomagał, znów przypominał gracza steranego klubowym sezonem, który raczej walczy, niż gra w piłkę. I żółtą kartkę znów zobaczył (ostatnio ogląda je coraz częściej) za przepychanie się.

I można powiedzieć, że wróciło stare. Dotychczas przed każdym mistrzowskim turniejem w XXI wieku, gdy opadła już euforia po eliminacyjnym triumfie, rozbrzmiewały sygnały alarmowe – ewentualnie ryczała alarmowa syrena. Czasem piłkarze grali źle, czasem przestraszyli pokazowo przerżniętym sparingiem (0:3 z USA przed ośmioma laty), czasem kontrolę nad sytuacją tracił selekcjoner. A teraz nawet powołania do kadry na Euro nie wywołały niemal żadnych kontrowersji, co dostrzegł każdy, kto wsłuchiwał się w dyskusje lub wręcz zadymy spowodowane przez decyzje trenerów reprezentacji Anglii, Hiszpanii czy Włoch.

Aż przylecieli do nas Holendrzy i błogi polski spokój zburzyli. W normalnych okolicznościach nikt nie zdziwiłby się, że zwyciężają, nawet gdyby zwyciężali z potęgami. Teraz jednak zderzenie z nimi miało nam uświadomić, że czas w futbolu pędzi jak opętany. Kiedy Nawałka przed ponad dwoma laty przejmował władzę w polskiej szatni, rywale przymierzali się do obrony zdobytego w 2010 r. srebra mundialu – i prawie im się udało, w 2014 r. wzięli brąz. A nasi piłkarze osiedli na historycznym dnie, by z kimkolwiek wygrywać, potrzebowali meczów z San Marino.

Od tamtej pory jednak to Holendrzy schodzili na dno, a Polacy przeplatali mecze dobre ze świetnymi, aż ogłosiliśmy, że tworzą najbardziej utalentowaną reprezentację od upadku komuny. Potwierdzał to rynek – coraz chętniej zatrudniają ich renomowane kluby i potwierdzały to wyniki – do dzisiaj nie ponieśli u siebie porażki od dwóch lat z okładem. I bukmacherzy typowali, że tym razem znów będą górą.

Daliśmy się omamić? Powtarza się scenariusz z poprzednich mistrzostw, na których tym mocniej cierpieliśmy, im bardziej sądziliśmy, że nasi podołają? Nie, panikować zwyczajnie nie wypada, zbyt wiele otrzymaliśmy od reprezentacji pretekstów, by jej ufać. I ufać trenerowi Nawałce, zwłaszcza że nie wiemy, czy jego podwładni nie płacą na razie za obciążenia treningowe ze zgrupowania w Arłamowie.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek już jesienią ubiegłego roku powtarzał – trochę żartem, ale i trochę serio – że Polakom „przydałaby się” jakaś wpadka. Żebyśmy nie potracili głów z nadmiaru powodzenia, żeby na mistrzostwach zachować wyjątkową czujność. Właśnie dostał, czego sobie życzył.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s