Polacy, tylko spróbujcie nie wygrać!

sznur

Nadeszła chwila, w której awans polskich piłkarzy na Euro 2016 – jesienią powszechnie oklaskiwany jako sukces – przestał być sukcesem, ba, na dobrą sprawę stracił jakiekolwiek znaczenie.

Kibic to zwierzę okrutne i w swoich odruchach nielogiczne, więc po ewentualnym niepowodzeniu na turnieju we Francji znów pewnie nie zauważy, że zachowa się trochę bez sensu. Jak w 2002, 2006 i 2008 roku. Wszystkie wymienione lata kojarzą się dzisiaj z futbolową katastrofą, chociaż najpierw naród niemal przez aklamację uznawał, że piłkarzom należy składać hołdy za sam awans. Paradoks polega wręcz na tym, że im mocniej ów kibic wierzy, że reprezentacja Polski podbije Europę/świat, z tym większą furią ją zaatakuje, jeśli podbój się nie uda. Weźmie odwet. Zjawisko obejmuje zresztą także publicznych komentatorów – im głębsze deklarowali przekonanie, że będzie świetnie, tym głębsze wyrażą oburzenie, gdy będzie źle. W końcu kiepski występ piłkarzy w pewnym sensie zakwestionuje ich kompetencje. Prognozowali inaczej, znaczy mają blade pojęcie.

Dlatego właśnie ewentualna porażka ściągnęłaby na podwładnych Adama Nawałki gniew potężniejszy niż na wybrańców Jerzego Engela, Pawła Janasa, Leo Beenhakkkera czy nawet Franciszka Smudy.

Jeszcze nigdy tak hałaśliwie nie wmawiano Polakom, że nasi piłkarze umieją aż tyle. Jeszcze nigdy nie słyszeliśmy tylu sygnałów, że nasi piłkarze aż tyle znaczą w europejskiej skali. Jeszcze nigdy naszymi talentami nie interesowało się aż tylu obcokrajowców. Nigdy reprezentacji nie rozświetlało aż tylu celebrytów. Nigdy ludzie nie wiedzieli o garderobie polskiego piłkarza tyle, ile wiedzą o szafach – szafach o powierzchni apartamentów – pierwszego modnisia kadry Grzegorza Krychowiaka. Nie mierzyliśmy się wreszcie z efektem supergwiazdora o rozmiarach Roberta Lewandowskiego – spoglądającego ze sklepów w lśniącym garniturze, wciskającego nam smartfony, w reklamach także śpiewającego (!), beatyfikowanego w książkach i czasopismach, wedle prasowych szacunków wyciągającego z tej wielobranżowej nadaktywności 20 mln euro rocznie.

Teraz ludzie superbohaterów hołubią, ale wystarczy potknięcie, żeby ich zagryźli. Zadziałałby klasyczny efekt tabloidu – jeśli kopać i pluć, to na tych ze szczytu, upadek idoli smakuje najlepiej. Hejt pospolity to jedna z naszych ulubionych dyscyplin sportu, według socjologów jesteśmy niezrównani, nie podskoczy nam prawie nikt w Europie. Byłaby okazja, by wzbić się jeszcze wyżej.

Kiedy po październikowym zwycięstwie nad Irlandią na Stadionie Narodowym fetowaliśmy awans jak medal – rozsypywanym konfetti i wypływającym z głośników triumfalnym hałasem – czułem niesmak. Przyznałem się do tego i wywołałem kontrowersje, wielokrotnie słyszałem lub czytałem, że psuję zabawę. I to nie tylko od ludzi PZPN, którzy musieli bronić własnego pomysłu na świętowanie. Ale nie miałem wyjścia. Awans na 24-zespołowe mistrzostwa uważałem za wynik na miarę możliwości, a biorąc pod uwagę klasę piłkarzy – nawet minimum przyzwoitości. Skoro sklecić drużynę potrafi Irlandia Północna czy dzielnie opierająca się w piątek gospodarzom turnieju Rumunia, czyli nacje pozbawione jakichkolwiek ponadprzeciętnych jednostek, to dlaczego nie my? Za bardzo szanuję polskich piłkarzy, by od wymagać od nich byle czego.

Dzisiaj to ogólna opinia, nikt już nie pamięta, że triumfem był sam awans. Ocalić od zapomnienia eliminacje mogą tylko kolejne zwycięstwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s