Czy polska bramka jest nietykalna

Kamil Glik, Michał Pazdan

Wyniki na Euro 2016 – niespotykane w całej historii naszego futbolu – sugerują, że drużyna Adama Nawałki opanowała sztukę obronną w stopniu mistrzowskim. Ale to statystyczna półprawda.

Nagie fakty kuszą, by obwołać obecną reprezentację defensywną machiną, jakiej nie podziwiał nawet najstarszy polski kibic. W końcu żadna jej poprzedniczka – nawet te obwieszone medalami, za starożytnych rządów Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka – nie zdołała przetrwać fazy grupowej bez straty gola. A wysłannicy na Euro 2016 tego dokonali, jako jedyni obok Niemców.

Teoretycznie to nawet wyczyn większy niż w skali pojedynczego turnieju. Ani na Euro 2012, ani na Euro 2008 nikomu nie udało się zachować w pierwszej rundzie czystego konta.

Teraz Polacy najdłużej wśród wszystkich uczestników na tyle skutecznie paraliżowali ofensywnego zapędy przeciwników, że ci nie byli w stanie oddać celnego strzału. Dopiero w drugiej połowie drugiego meczu Łukasz Fabiański musiał łapać piłkę kopniętą przez Mario Götzego. Forteca.

Ale wszelkie ahistoryczne analogie, obojętne na realia epoki, są bardzo niebezpieczne. Tak samo mylące, jak wpatrywanie się z „zero” w rubryce ze stratami bez uwzględnienia przebiegu meczów i turniejowych okoliczności – zawsze specyficznych.

Chronienie własnego pola karnego jest dzisiaj tym łatwiejsze, że uczestnicy Euro 2016 generalnie grają ostrożnie, nad wyprawy ofensywne przedkładając skrupulatność defensywną. W fazie grupowej padało średnio 1,92 gola na mecz. Czyli najmniej, odkąd kadłubową, czterozespołową formułę mistrzostw kontynentu, zastąpił ośmiozespołowy turniej. Na poprzednich przeciętna wynosiła 2,45 bramki, na przedostatnich – 2,48, wcześniej sięgała nawet 2,74.

A piłkarze Nawałki na Euro 2016 za każdym razem rozgrywają zupełnie inne spotkanie.

W Irlandii Płn. (1:0) odnaleźli rywala nieskłonnego do minimalnego choćby ryzyka, wręcz onieśmielonego. Dlatego Polacy nawet w pobliżu własnego pola karnego nawet faulowali rzadko – tyleż z przezorności, co braku okazji. I zwyczajnie nie sposób miarodajnie ocenić ich postawy w defensywie tamtego popołudnia. (A pokonani Irlandczycy z Ukraińcami zagrali już odważniej, bo nie mieli alternatywy).

Z Niemcami (0:0), owszem, Polacy zademonstrowali rozwagę i organizację gry obronnej wręcz wzorową. Wzorową, bo obejmującą wszystkie formacje.

Jednak z Ukrainą (znów 1:0) wypadli już marnie. Poniekąd z powodu zmian w składzie – skandaliczny brak zaangażowania w walkę o piłkę pokazał Piotr Zieliński, a kiedy patrzyliśmy na zapowiadające stratę podania Tomasza Jodłowca, zatęskniliśmy za cichą rzetelnością Krzysztofa Mączyńskiego, uchodzącego za słabe ogniwo podstawowej jedenastki. Dlatego nasi wschodni sąsiedzi raz po raz wstrzeliwali piłkę w pobliżej polskiej bramki. I musieliśmy liczyć albo na natchnione reakcje bramkarza, albo na interwencje ostatniej szansy środkowych obrońców. Paradoks: ich pady zasługują na uznanie jako dzieła sztuki obronnej, ale były niezbędne właśnie wskutek miernej postawy w defensywie całej drużyny.

Kamil Glik, który miał we wtorek aż dziesięć wybić i zablokował dwa strzały, przyzwyczaił nas, że w krytycznych chwilach jest niezawodny. Jeśli podczas eliminacji wzdychaliśmy, że najsłabiej reprezentacja wygląda na tyłach, to z powodu wyrwy ziejącej właśnie na środku obrony – bezskutecznie szukaliśmy wartościowego partnera dla kapitana Torino, pełniący tę rolę w aż dziewięciu z dziesięciu meczów Łukasz Szukała był tolerowanym z bólem wyborem mniejszego zła. I kiedy przestał grać w klubie (tureckim Osmanlisporze), to trener Nawałka łatwo z niego zrezygnował. Całkowicie – podstawowego przez dwa lata obrońcy nie zmieścił nawet w 23-osobowej kadrze.

Aż znienacka spotężniał Michał Pazdan. To postęp, jakiego dokonał piłkarz Legii, w największym stopniu wyjaśnia wspaniały defensywny bilans Polaków. Był bezdyskusyjnym bohaterem remisu z Niemcami, był już bardziej dyskusyjnym głównym bohaterem zwycięstwa nad Ukrainą – interweniował rzadziej niż Glik, ale interweniował w kluczowych momentach, zapobiegając poważniejszemu zagrożeniu. I niewykluczone, że to on zasłużył na razie na najwyższą globalną ocenę za występ na Euro.

A jeśli nawet nie, to na pewno daje popis najbardziej sensacyjny. Siła reprezentacji wywoływała zasadniczo nasze zwątpienie tam, gdzie Nawałka stawia na przedstawicieli ekstraklasy. Tymczasem w Pazdanie otrzymaliśmy ekstraklasę jako fundamentalny atut – w blisko 29-letnim piłkarzu, który nie dość, że nigdy nie dotknął ligi zagranicznej, to jeszcze ledwie jeden sezon spędził na krajowym szczycie i w europejskich pucharach. Wcześniej kopał tylko w Jagiellonii i Górniku Zabrze.

Podczas Euro 2016 nie widzimy jednak, by ustępował – doświadczeniem, pewnością siebie, opanowaniem – przećwiczonemu w 147 meczach ligi włoskiej Glikowi. Takiego duetu stoperów nie oklaskiwaliśmy na imprezie mistrzowskiej od lat 80.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s