Wspólne polskie przegrywanie

Rozdzierających scen z podziemi marsylskiego stadionu – Łukasz Fabiański wciąż tam płakał, jak kilkadziesiąt minut wcześniej przed kamerami telewizji – nie zapomnę nigdy. Wiem to, ponieważ załzawionego bramkarza widziałem w strefie wywiadów drugi raz w życiu. Do dzisiaj mam przed oczami niemal rozhisteryzowanego Davida Seamana, który w ćwierćfinale mundialu sprzed 14 lat pozwolił wrzucić sobie piłkę „za kołnierz”. I Anglia przegrała z Brazylią. Piłkę kopnął wprawdzie genialny Ronaldinho, ale przelobował golkipera kilkudziesięciometrowym przerzutem. Gapiostwo Seamana było to ewidentne.

Bramkarz szlochał, stłoczeni przed nim dziennikarze go wyzywali. Rozjuszeni tym bardziej, że wcześniej ogłaszali narodziny „złotego pokolenia”. Jeden z najbardziej toksycznych momentów w sporcie, których doświadczyłem.

Jakże inaczej Polacy zareagowali na łzy Fabiańskiego. Obwiniającego się za to, że „nie pomógł” drużynie w nieszczęsnym ćwierćfinałowym konkursie rzutów karnych, choć elementarna prawda piłki nożnej głosi: Bramkarz nie może jedenastek przegrać, on niczego tu nie musi, może co najwyżej zostać bohaterem. Jego dramat wywołał chyba wyłącznie współczucie, sprowokował słowa otuchy, nawet w przesiąkniętym hejtem polskim internecie wyzwolił mnóstwo ciepłych emocji. Aż nie strach wyszeptać pytania, czy samooskarżający się Fabiański nie miał aby nieco merytorycznej racji. Czy nie reagował na strzały zbyt pasywnie – to zdarza się najwybitniejszym, w majowym finale Ligi Mistrzów potulnie wyroki przyjmował Jan Oblak, wielki bohater Atlético Madryt. Zgłaszane wątpliwości mogłyby być wręcz wyrazem szacunku dla klasy Fabiańskiego – oto sportowiec, który nie szuka alibi, niewykluczone, że czwartkowe „niepowodzenie” natchnie go do wytężonej pracy nad dopolerowaniem swoich umiejętności, właśnie w kwestii rzutów karnych.

W Euro 2016 szczególnie lubię to, że wzbudził u Polaków tyle pozytywnych uczuć, że pomimo okoliczności ułatwiających ukrzyżowanie winnych ostatecznego – mimo wszystko – niepowodzenia, właściwie nikt nie wskazuje bohaterów negatywnych. Owszem, wcześniej dostało się trochę Milikowi – co zrozumiałe, by dostrzec jego zasługi, potrzeba kompetencji kibicowskich wyższych niż przeciętne. Ale jeśli już musieliśmy przegrać karne, to akurat Kuba Błaszczykowski był w roli postaci tragicznej stosunkowo najbardziej bezpieczny. I dlatego, że jako weteran boisk oraz człowiek skrajnie doświadczony przez życie zniósł osobisty dramat spokojniej niż zniósłby być może ktoś słabszy psychicznie. I dlatego, że jako gracz nieskończenie zasłużony w meczach z Ukrainą i Szwajcarią był najmniej narażony na zemstę tłumu.

Znienacka spadła nam z nieba reprezentacja nie tylko sportowo silna, ale jeszcze kochana bezwarunkowo. Dotąd nawet zwycięstwa nie zawsze wystarczały, bo komuś nie podobał się sztucznie wszyty do kadry Brazylijczyk, kogoś innego uwierał selekcjoner importowany z Holandii etc. Teraz dopingujemy drużynę bez skazy. Wreszcie nie tylko wspólnie wygrywamy, ale i wspólnie przegrywamy.

Jedna myśl na temat “Wspólne polskie przegrywanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s