Robert Lewandowski i jego fortepian

To była ostatnia akcja meczu, ostatnie dotknięcie piłki. Polacy ocaleli, pokonali Armenię 2:1, bo swojego najważniejszego gola w reprezentacji strzelił Robert Lewandowski.

Tak, to był gol bodaj najważniejszy, a przynajmniej jeden z najważniejszych, choć wbity teoretycznie najsłabszej drużynie w grupie eliminacji mundialu. Może przesądzić, że nasi piłkarze jednak polecą na mistrzostwa świata. Gdyby na Stadionie Narodowym zremisowali, nie tylko straciliby pozycję lidera. Groziłaby im jeszcze studzienna depresja, wzmagana przez czarną rozpacz kibiców.

Owszem, Lewandowski wprawiał nas w ekstazę w chwilach bardziej prestiżowych, na przykład w ćwierćfinale Euro 2016. Ale gdy wówczas zdobywał bramkę, na niewiele się ona zdała. Serię rzutów karnych wygrała Portugalia.

A teraz jego wysiłek i wielka klasa mogą się okazać bezcenne. Bo Polacy znów okazali się nadwrażliwi na ciosy.

Potwornych nerwów najedliśmy się akurat wtedy, gdy na Narodowym miał zapanować błogi spokój, przerywany oklaskiwaniem kolejnych goli. Czyli natychmiast po objęciu prowadzenia. Ba, nie dość, że rywale wyrównali na 1:1, to jeszcze przez ładnych parę chwil pohasali sobie w polskim polu karnym. Pomimo że biegali już wówczas, po czerwonej kartce dla Gaela Andoniana, w dziesiątkę!

Wcześniej też cierpieliśmy – i my, i piłkarze – ale nie aż tak. Oglądaliśmy po prostu brzydką ilustrację tego, jak złudne bywa przeświadczenie o uniwersalności „przewagi własnego boiska”. O ile bowiem Armeńczycy u siebie próbują przynajmniej symulować od czasu do czasu ataki, o tyle na wyjeździe zazwyczaj nawet nie udają, że mają jakiekolwiek ambicje poza wymodleniem remisu. Wymodleniem podpartym osłanianiem swojej bramki całym ciałem – czy raczej ciałami, i to wszystkimi dostępnymi ciałami, trener Warużan Sukiasjan upycha w podstawowym składzie po siedmiu obrońców lub graczy o predyspozycjach wybitnie defensywnych.

I wczorajszy wieczór długo tak właśnie wyglądał. Kiedy nawet Armeńczycy przejmowali piłkę, to musieliśmy bardzo wytężyć wzrok, by dostrzec w ich zagraniach przeczucie kontrataku. Tyle że Polacy, choć przebywali na wrogiej połowie właściwie bez przerwy, wielkiej przyjemności z tego powodu nie odczuwali. To nie był mecz, w którym Kamil Grosicki, nasz jedyny skrzydłowy o napędzie rakietowym, miałby szanse rywalom uciec, jak w sobotnim spotkaniu z Danią – on mógł ich, stłoczonych przed i w polu karnym, co najwyżej podeptać. Umilić wieczór mogłaby gospodarzom tylko szybko zdobyta bramka, ale o jej brak zadbał Łukasz Teodorczyk. Napastnikowi zastępującemu kontuzjowanego Arkadiusza Milika zamierzaliśmy liczyć strzelone gole, tymczasem mogliśmy liczyć wyłącznie niestrzelone – nie minął kwadrans gry, gdy snajper Anderlechtu Bruksela miał takie dwa, bo nieporadnie zachował się po dośrodkowaniach Grosickiego i Kuby Błaszczykowskiego.

Zachowań złych i bardzo złych zademonstrował więcej. To on nie wyskoczył do dośrodkowywanej piłki, gdy Armenia strzelała gola na 1:1. I generalnie był bierny, niechlujny.

Polacy najpierw długo nie umieli zatem objąć prowadzenia, a następnie nie umieli go utrzymać, choć zdawali sobie sprawę, że znacząco ułatwiłoby im to zadanie. Zwłaszcza w pierwszej połowie ruszali się zbyt wolno, zbyt wolno wymieniali też pozycje.

Jak wariat zasuwał tylko Lewandowski. Piłkarzy dzieli się niekiedy na tragarzy, którzy noszą fortepian, i na wirtuozów, którzy uderzają w klawisze, tymczasem gwiazdor Bayernu zachowywał się, jakby ten podział postanowił unieważnić. Nie tylko instrument dźwigał, nie tylko na nim grał, ale jeszcze go w razie potrzeby naprawiał, polerował, stroił. Starał się zająć nasz wszechpiłkarz wszystkim. Aż szkoda, że to nie jemu zaliczono gola na 1:0 – ostatecznie sklasyfikowanego jako samobójczy.

To jednak było jego najmniejsze zmartwienie. Polacy do końca uprawiali futbol bałaganiarski, kompletnie tracąc kontrolę nad sytuacją. Porządek próbował wprowadzać właśnie Lewandowski, coraz częściej jednak rozgestykulowany i zdesperowany. Reprezentacja Adama Nawałki rozgrywała najsłabszy mecz o punkty za jego kadencji.

Nasi selekcjonerzy od dekad dzielą się na wyrzucanych z roboty po przegranych eliminacjach, wyrzucanych po przegranych mistrzostwach lub wyrzucanych po kolejnych przegranych eliminacjach. Byli wodzowie, którym udało się polskich piłkarzy natchnąć, ale nie było wodzów, których czar trwał dłużej niż dwa lata.

Nawałka najpierw uciekł z pierwszej grupy, potem – podczas udanego Euro 2016 – uciekł z drugiej, a teraz sprawdzamy, czy jako jedyny po Antonim Piechniczku zdoła podpisać swoim nazwiskiem awans na dwie imprezy z rzędu. I po zwycięstwie nad Armenią pozornie wszystko w jego królestwie wróciło do normy, znanej nam z kwalifikacji do mistrzostw kontynentu. Polacy znów zostali współliderami grupy, Lewandowski znów został współliderem rankingu strzelców w całej eliminacji. Ale niepokój ten mecz musi wywoływać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s