Kto skrzywdził Ranieriego

Leicester, Claudio Ranieri

Claudio Ranieri wylany. 10 stycznia został uhonorowany nagrodą dla najlepszego trenera na świecie minionego roku, a 23 lutego stracił posadę w Leicester. Wykopali go z klubu, z którego piłkarzami ledwie parę miesięcy wcześniej wywołał bodaj największą sensację w dziejach angielskiego futbolu.

Nie stało się nic zaskakującego. Blogowałem kilka tygodni temu, że albo go wyproszą, albo zlecą z ligi, a zsunięcia się Leicester na pułap walki o utrzymanie spodziewałem się już wtedy, gdy zdobyło mistrzostwo. Zastanawiałem się najwyżej, czy zdążą – kiedy sytuacja zrobi się aż tak beznadziejna, że przezwyciężą moralny szantaż opinii publicznej, której bezwarunkowe wsparcie Ranieri musiał mieć z oczywistych względów. Kibice piłkarscy to wszak jedna z najbardziej rozsentymentalnionych grup społecznych. Tacy fani „Króla Lwa”, tylko nieco głośniejsi.

Ranieriego więc pogonili, a cała Europa zalała się łzami. Porównywalnego szlochu na Wyspach – i nie tylko tam – nie słyszałem od śmierci Lady Diany. Jak rozczulała publikę tamta celebrytka, tak rozczula ją włoski trener, choć oczywiście z innych powodów. Był głównym bohaterem wzruszającej bajki. Bohaterem i reżyserem, w dodatku reżyserem z przeszłością, w której jego kompetencje notorycznie – i niesłusznie! – kwestionowano. Chlip, chlip, chlip. Dlatego Ranieri stał się nietykalny. Cytowałem tu internetowe wersety kibiców, którzy wzdychali, że wraz z wylaniem go z roboty „stracą wiarę w piłkę nożną”, że „wolą spadek do drugiej ligi z nimi niż utrzymanie się bez niego”.

Też chciałem, żeby Włoch został do samego końca. Wprawdzie zwalnianym trenerom z czołówki niełatwo współczuć – biorą wielomilionową odprawę i zaraz znajdują następną nieźle płatną posadę – ale jestem miłośnikiem fajnych fabuł, a opowieść o Ranierim, który najpierw bierze mistrza, a potem stacza się do drugiej ligi, byłaby fajniejsza niż Ranieri zwolniony za złe wyniki. Poza tym jako kibic piłki kopanej też bywam sentymentalny. Staram się z tym walczyć, nie znoszę tego u siebie, ale bywam.

Merytorycznie decyzja jest bardzo typowa. Piłkarze Leicester nie dość, że od miesięcy grają źle, to grają coraz gorzej. Ostatnie pięć ligowych meczów przerżnęli, w ostatnich pięciu meczach nie wytuptali ani jednego gola – 0:2, 0:3, 0:1, 0:3, 0:3 to zdecydowanie najgorsza seria w czołowych ligach Europy. Przede wszystkim jednak przestali trenerowi ufać, przestali go lubić, przestali go słuchać. Nie będę przywoływał szczegółów, bo w angielskich mediach się od nich roi.

Niewykluczone, że szefowie Leicester popełnili błąd. Może Ranieri był w stanie wszystko naprawić, może jego następca nie zapobiegnie katastrofie. Ale w chórze oskarżycieli słychać niewiele argumentów merytorycznych, wszystko zagłuszają kwestie etyczne – zwolnienie włoskiego trenera to niewdzięczność. Znane zjawisko, przywoływałem tu przypadek Otto Rehhagela, który po zdobyciu mistrzostwa Europy z Grecją (wszechsensacja, jak z sukcesem Leicester) zasłużył na to, by sam zdecydować, kiedy odejdzie. I utrzymał stołek niemal dekadę.

Futbol reprezentacyjny to jednak inna bajka. Zawalisz eliminacje do mundialu czy Euro, to masz następne – startujesz z tego samego miejsca, grozi ci w najgorszym razie niższe rozstawienie w losowaniu. (Sam z uznaniem pisałem do „Kopalni” o Vicente del Bosque, który jako selekcjoner hiszpańskiej kadry uznał, że starzy mistrzowie, którzy razem tyle powygrywali, mają też prawo razem przegrać). Skutki spadku z ligi bywają nieodwracalne. Tracisz nie tylko szmal z praw telewizyjnych, ale i piłkarzy z ambicjami, więc na powrót do elity możesz czekać całą wieczność. Albo powrotu w ogóle nie dożyć.

W Anglii straty finansowe są szczególnie dotkliwe. W tym sensie Ranieri jest ofiarą komercjalizacji futbolu – komercjalizacji, której ja nie lubię, a wielu kibiców wręcz nienawidzi, choć zawodnicy czy trenerzy, na pewnym poziomie obowiązkowo milionerzy, raczej się przeciw niej nie buntują.

Jeśli jednak skupić się na czystym sporcie, cel pozostaje niezmieniony. Uchronić drużynę przed degradacją. I nawet gdyby w konflikcie piłkarze kontra trener zawinili ci pierwsi, to wymienić ich teraz – po zamknięciu okna transferowego – nie sposób, zabraniają tego przepisy. Nawiasem mówiąc, czy jeśli trener po sukcesie wszech czasów jest nietykalny, to czy jego podwładni po sukcesie wszech czasów też? Czy kibice wściekną się, jeśli największy król strzelców w dziejach kosmosu po kilku meczach skandalicznej fuszerki usiądzie na ławie albo na trybunach? A po 25 meczach?

Naturalnie wykażą zrozumienie, definicja pojęcia „lojalność” wśród fanów piłki nożnej jest osobliwa, przesycona hipokryzją, niekiedy wręcz nonsensowna. Uważają, że dobry piłkarz powinien być wierny barwom, ale nie zarzucają władzom klubu niewierności, gdy te pozbywają się patałacha. Jeśli ktoś od Kalego odejść, to jest zły uczynek, ale jeśli Kali każe komuś odejść, to jest dobry.

Dlatego podsunąłbym im do myślenia: otóż prezes Vichai Srivaddhanaprabha zapewne nie jest idiotą, choć pochodzi z Tajlandii i nosi dziwne nazwisko – europocentryzm wiecznie żywy, tylko my, Europejczycy, mamy prawidłowo działające mózgi – więc wiedział, jaką awanturę wywoła, gdy posunie Ranieriego. Awanturę psującą wizerunek klubu, być może szkodliwą również z biznesowego punktu widzenia (choć dla mitu trenera raczej pomocną). I jeśli to zrobił, to pewnie poczuł, że nie ma innego wyjścia.

Nie wiemy, czy piłkarze grozili rebelią, czy po prostu nie mogli już na szefa patrzeć, ale wiemy, że go nie chcieli. Niewdzięcznicy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s