Arsene Wenger, Trener O Bardzo Dużym Rozumku

Arsenal, Arsene Wenger

„Nie bardzo się mam. Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał” – odparł Kłapouchy i pewnie nie przyszło mu do łebka, że długo po nim przyjdzie cały tłum Kłapouchych, że perfekcyjnie wyraził stan ducha fanów Arsenalu dręczonych przez Arsene’a Wengera w drugiej dekadzie XXI wieku.

Mówimy o fanach bez wątpienia nieszczęśliwych, ale nieprzesadnie, przecież nie spadła na nich żadna wielka tragedia. Nikt ich nie przypalał brakiem awansu do Ligi Mistrzów, nikt ich nie podtapiał klęską w fazie grupowej Ligi Mistrzów – co spotykało wszystkich innych okolicznych kibiców, nawet wspierających Manchester United czy Chelsea. Arsenal osiągał wyniki dotkliwie średnie, moment na pożegnanie się z rozgrywkami dobierając z morderczą konsekwencją:

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

Dramatu nie ma, w dodatku można częściowo usprawiedliwić Arsenal klasą przeciwników, londyńczycy wpadali bowiem zazwyczaj na wielką Barcelonę lub wielki Bayern. Cierpisz tu raczej z nudów. Dlatego zresztą rozrzuciłem te najnowsze siedem sezonów po siedmiu akapitach – żeby czytelników zamulić, żeby nawet vbezstronni wpadli w stupor i poczuli klimat.

Im bardziej zatem Puchatek zaglądał do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, tym bardziej Arsenalu tam nie było. Choć były w przywołanym okresie m.in. Wolfsburg, Benfica (dwukrotnie), Monaco, FC Porto, Borussia Dortmund, Galatasaray, Malaga, Olympique Marsylia, Schalke, Szachtar Donieck, Tottenham, a nawet – uwaga, uwaga, słychać werble i brykającego Tygryska – cypryjski APOEL.

Znaczy każdemu się czasem trafia. Każdemu, tylko nie Arsenalowi. Arsenalowi, który śni o potędze, którego nie usatysfakcjonowałby w pełni nawet ćwierćfinał, który co sezon wysłuchuje trenerskich obietnic, że powalczy także o mistrzostwo kraju.

W lidze angielskiej też wiedzie mu się jednak przeraźliwie średnio. Nigdy beznadziejnie, ale i nigdy porywająco. Choć między 2005 a 2014 rokiem londyńczycy przeżyli najdłuższy okres bez zdobycia żadnego trofeum od lat 60. ubiegłego stulecia, to w żadnym sezonie nie stoczyli się na dno lub w jego pobliże.

Wróćmy jeszcze raz do bieżącej dekady – w najmarniejszym statystycznie sezonie tego okresu zdobyli w lidze ledwie 11 punktów mniej niż w najlepszym. W Manchesterze United ta rozpiętość wynosi 25 pkt. W Manchesterze City – 23 pkt. W Chelsea – 32 pkt. W Leicester nie sposób jej obliczyć, ponieważ Leicester zaczynało dekadę w drugiej lidze.

Wszyscy wymienieni zdobywali jednak mistrzostwo kraju. Czasem upadali bardzo nisko, czasem wzlatywali bardzo wysoko. W Champions League to samo – piłkarze United i Chelsea obcałowywali trofeum, a piłkarze City dofruwali do półfinału, w którym ulegli minimalnie (0:1 w dwumeczu) Realowi Madryt, późniejszemu triumfatorowi. Losów debiutujących w elicie bohaterów Leicester jeszcze nie znamy – niewykluczone, że wkradną się do ćwierćfinału, w Sewilli ulegli ledwie 1:2 – ale nawet oni zdążyli już nie tyle „nie przynieść wstydu”, ile zapisać się w sensie historycznym. Nikt przed nimi nie zdołał zachować czystego konta w czterech inauguracyjnych meczach tych rozgrywek.

Wygląda to zatem trochę tak, że otaczają was piłkarze, którzy bywają natchnieni i bywają skrajnie zdołowani, a wy, Arsenal, spokojnie sobie dłubiecie, żeby jakoś to było. Nikt nikogo nie popędza, nikt nie wymaga Bóg wie czego. Wasza mała stabilizacja.

A przecież poprzedził ją niesamowity odlot. Trener Arséne Wenger podpisał swoim nazwiskiem angielskie arcydzieło wszech czasów – legendarną drużynę „Niezwyciężonych”, która mistrzowski sezon przetrwała bez żadnej porażki, oszałamiając stylem gry, by w następnym sezonie, już tylko wicemistrzowskim, oszałamiać bodaj jeszcze bardziej.

To była ostatnia wielka drużyna, jaką Francuz stworzył. Tak wielka, że musiała zostawić niezmywalne piętno na świadomości kibiców. „Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł” – rzekł pewnego dnia Kubuś Puchatek, choć nie kibicował Arsenalowi.

Teoretycznie ta wielotomowa baśń – najpierw cudowna, potem posępna – opowiada o Trenerze O Bardzo Dużym Rozumku, który stał się Trenerem O Bardzo Małym Rozumku.

Podstawowe fakty znamy. Kiedy Wenger przylatywał do ligi angielskiej w 1996 roku, miał gigantyczną przewagę nad lokalną konkurencją. Wylądował w ciemnogrodzie, więc wystarczyło mu zamienić w diecie piłkarzy panierkę i browar na brokuły i wodę mineralną (upraszczam, wiem, przepraszam), by zostać rewolucjonistą. Ciemnogród był odizolowany od świata, więc nie miał pojęcia, w przeciwieństwie do Francuza, że z transferowego rynku można za bezcen wyławiać przyszłe gwiazdy formatu Thierry’ego Henry’ego. Wyspiarskie kluby zatrudniały wtedy ledwie kilku zagranicznych trenerów, a od tamtej pory proporcje się odwróciły – zatrudniają ledwie kilku rodzimych, i to wyłącznie w klubach z dołów tabeli.

Wenger za nimi nie nadążył. Jak głosi raczej zgodna opinia ekspertów, nie ewoluował i nie umiał zareagować na nowe okoliczności (utratę tamtych naturalnych przewag). Od siebie dodałbym, że stracił wiarę w potęgę treningu. Plótł jak ekonomista z wykształcenia (ma dyplom), zanudzając nas udowadnianiem, że rywale są bogatsi, zamiast skupić się na mozolnym wykuwaniu drużyny, która przynajmniej raz na jakiś czas odpali. Bez końca oglądaliśmy więc te same sceny, np. szokujące odrętwienie obrońców, którzy w meczach najważniejszych, z potentatami, zastygali w najgorszych momentach, biernie przyglądając się przeciwnikom rozrabiającym w arsenalskim polu karnym.

Ten obraz widać jednak tylko z perspektywy sportowej. Gdy zamienimy ją na biznesową, Wenger rośnie na Trenera O Największym Rozumku.

Sportowa stabilność londyńczyków czyniła ich sprawnie funkcjonującym przedsiębiorstwem. Jak wiadomo dzięki wielu analitykom zajmującym się i futbolem, i ekonomią, idealny klub dla właścicieli biznesmenów wygląda tak: wyśrubowane ceny biletów, wystrzeganie się fetyszyzowania trofeów i zarazem przesadnego przegrywania, rosnące notowania na giełdzie.

Wypisz wymaluj Arsenal. Wejściówki sprzedaje najdroższe na świecie, a przegrywa w gruncie rzeczy, z ekonomicznego punktu widzenia, tylko trochę. Od 1997 roku, czyli od 19 sezonów, bez przerwy uczestniczy w lukratywnej Lidze Mistrzów, ustępując pod tym względem tylko Realowi Madryt.

Rozumiecie, misie o maluteńkich rozumkach? To drugi najrówniejszy klub po Realu Madryt. I oczywiście nigdy nie odpada w fazie grupowej. Panom pilnującym, żeby kasa się zgadzała, cały czas dostarczana jest pełna beczka miodu, w ich brzuszkach nigdy nie burczy. Wenger, idealny trener klubowych akcjonariuszy. Bratnia dusza, zawsze zasługująca na wsparcie. Bo różnica między krajowym tytułem mistrzowskim a wicemistrzowskim jest stosunkowo niewielka, co najwyżej prestiżowa – najwięcej dzieli awans od braku awansu do LM, czyli w przypadku Anglii czwarte od piątego miejsca. Reszta ta drobne.

Od lat podejrzewam (pewnie nie tylko ja), że niezależnie od deklaracji w Arsenalu nie ma specjalnego parcia na poważniejsze wygrywanie. I na samej górze, i prawie na samej górze, i jeszcze niżej, spływa ten stoicki spokój na sam dół, aż po doskonale opłacanych graczy. We wtorek, po ostatnim gwizdku dwumeczu przegranego z Bayernem 2:10, histeryzują też głównie kibice, wpatrujący się w rubryki z nie najważniejszymi cyframi. Awans do LM był, przetrwanie jesieni też, więc klub, jak zresztą podkreślił Wenger, znajduje się w doskonałej kondycji.

Choć tym razem może się okazać, że londyńczycy jednak przeholowali, że o uratowanie wymarzonej czwartej pozycji może być tej pluszowej drużynie trudniej niż kiedykolwiek. I niewykluczone, że pożegnanie z najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach Arsenalu nastąpi jednak po porażce. Jedynej prawdziwej porażce w bieżącej dekadzie.

„– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?

– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s