Liga Mistrzów. Finał o złote gacie

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Wy, współczesne dzieciaki – młodociane paniska zdeprawowane Orlikami i innymi kompletnie umeblowanymi boiskami – pewnie nie uwierzycie, ale kiedy ja byłem mały, za słupki służyły często tornistry. I jeśli strzelona piłka szybowała w ich pobliżu, wybuchała awantura. Gol czy jednak słupek?

Na osiedlu używaliśmy też rosnących w sprzyjającej konfiguracji drzewek. Wtedy awantura wybuchała, jeśli piłka leciała wysoko. Gol czy jednak poprzeczka?

Każdy miał własną wersję, każdy wrzeszczał ze szczerym przekonaniem, że wie najlepiej, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna wyimaginowana bramka. Gdy jednak ktoś przesadzał i awanturę zastępowała dzika awantura, padało mające przymknąć nieumiarkowanego delikwenta „przecież nie gramy o złote gacie”. Nie mam pojęcia, skąd wytrzasnęliśmy to sformułowanie, ale wygłaszaliśmy je non stop. Chodziło o to, że nasz podwórkowy mecz nie jest aż tak ważny, by robić zadymę na 14 fajerek. „Nie gramy o złote gacie”, „daj spokój, to nie mecz o złote gacie”, „nikt tu nie gra o złote gacie” – mówiliśmy.

O czym przypomniałem sobie wczoraj, podglądając piłkarzy Realu Madryt, którzy rozgrzewali się przed treningiem na Millennium Stadium grą „w dziadka”. Cristiano Ronaldo wyglądał na totalnie wkręconego w zabawę. Tak zaangażowanego – choć nie awanturował się – że miałem ochotę krzyknąć: „Hej, wyluzuj, nie gracie o złote gacie”.

A przecież pewnie tak trzeba. Żyć futbolem z patologiczną przesadą, chcieć być górą w nawet błahej rozgrywce, mieć pasję do każdego kopnięcia – tylko wtedy zdobywasz trofea, także indywidualne, w ilościach hurtowych.

Odmierzam czas do finału rozanielony, jaram się jak Ronaldo „dziadkiem”, niniejszą notkę sporządzam i dla pchnięcia zegara, i żeby usypać na jedną kupkę poświęcone Realowi i Juventusowi teksty, które napisałem w Walii.

Tutaj znajdziecie reportażyk o Cardiff jako mieścinie zbyt małej na finał Ligi Mistrzów. Tutaj rzecz o Danim Alvesie, Marcelo i w ogóle wybitnych ofensywnych bocznych obrońcach, których Brazylia od dekad wypuszcza seryjnie. Tutaj przeczytacie o finale jako misji niemożliwej. Tutaj o trenerze Massimiliano Allegrim, który mecze w Champions League kontroluje zawsze, oraz o trenerze Zinedinie Zidanie, który nie kontroluje ich prawie nigdy. A tutaj krótko przedstawiam Garetha Bale’a, ukochanego syna Cardiff, jedynego finalistę, który zagra u siebie w domu.

Następne teksty już po. Kiedy będzie wiadomo, kto wygrał finał. Mecz o najbardziej złote gacie, jakie istnieją.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s