Strach

Przed dwoma laty spóźniłem się na mistrzostwa Europy siatkarzy, bo poleciałem za piłkarzami Adama Nawałki do Glasgow (ocalony w ostatniej sekundzie remis ze Szkocją), a potem podziwiałem ich z trybun Stadionu Narodowego (dające awans na Euro 2016 zwycięstwo nad Irlandią). Wylądowałem w Sofii w środę popołudniu, by kilka godzin później zobaczyć, jak drużyna Stéphane’a Antigi obrywa od Słoweńców, odpada w ćwierćfinale, przeżywa szok – miałem tydzień wakacji w stolicy Bułgarii, co było poniekąd podróżą do dzieciństwa, bardzo tam peerelowsko.

Teraz nie pojechałem za piłkarzami reprezentacji Polski do Kopenhagi, ponieważ zakładałem, że nasi siatkarze mogą podołać. Plan był prosty – w niedzielę oni grają o medale, w poniedziałek przenoszę się z Krakowa do Warszawy, żeby pooglądać, jak piłkarze znęcają się nad Kazachstanem i awansują na mundial.

Jak wiecie, plan wziął w łeb. 0:3 siatkarzy ze Słowenią, 0:4 piłkarzy z Danią. Nie będzie medalu, nie będzie awansu, chwilowo nie będzie niczego.

Przyznam się uczciwie: nie uważałem siatkarzy za faworytów barażu, nie uważałem też piłkarzy za faworytów w Kopenhadze. Typowałem wyczerpującą awanturę ze Słowenią, prognozowałem wymordowany remis z Danią. Myliłem się potężnie, w obu meczach Polacy wypadli beznadziejnie, właściwie tragicznie, z żył mi wypływały jakieś dziwne klęskowe gluty, odzwyczaiłem się od takich wybryków. Dlatego nie zdarzy się niesamowitość, o której pisałem tutaj – że piłkarze będą wyżej w globalnym rankingu niż siatkarze.

Czytacie wpis niemerytoryczny, jeden z tych, które nazywam terapeutycznymi. Jako kibic dawno nie dostałem tak mocno po gębie – przydzwonili mi i Słoweńcy (nazajutrz zdmuchnęli ich z boiska Rosjanie!), i Duńczycy, to było najgorsze kilkadziesiąt godzin od lat. Jesienią 2015 roku nawet to, co nie wyszło, nie martwiło – porażkę siatkarzy przyjęliśmy ze zrozumieniem, bez specjalnego niepokoju. Przytrafiła się – wtedy mogliśmy mówić: „przytrafiła się” – zaraz po rewelacyjnym popisie na Pucharze Świata (trzecie miejsce, ledwie jedna porażka); widzieliśmy, że Polacy są wycieńczeni fizycznie i mentalnie; ówczesny trener zdawał sobie sprawę, że powinien był zabrać na imprezę przynajmniej częściowo rezerwowy skład. Pozostawaliśmy optymistami.

Jak wtedy unosiła mnie euforia, tak teraz wpadłem w studzienną deprechę. W siatkówce przeczuwam grubszy problem – trzeba czekać na rozgrywającego z wizją, związkiem rządzi menedżer niepokojący podobny do menedżera Grzegorza Laty, o losie Ferdinando de Giorgiego i – ewentualnie – nazwisku jego następcy zdecyduje myślowy chaos. Boję się również o przyszłość reprezentacji futbolowej. Piątkowy wybryk niby nie przypomina niczego, co dotąd oglądaliśmy, ale też był tak dołująco beznadziejny, tak bardzo nie było w nim jakiegokolwiek punktu zaczepienia – Grzegorzu Krychowiaku z lat przedparyskich, wróć! – że nie mam pojęcia, jak Polacy mają dobrać się w poniedziałek do Kazachstanu. Nagle zrobiło się strasznie.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s