Skra 09 Bełchatów

klubowe mistrzostwa świata, siatkówka, Skra Bełchatów

Klubowe mistrzostwa świata w wykonaniu siatkarzy Skry Bełchatów podzieliłbym na trzy etapy. Najpierw świętowaliśmy tzw. triumf organizacyjny, czyli zaproszenie do turnieju, które było pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia sportowego. Następnie obejrzeliśmy łatwiutkie zwycięstwa nad słabiutkimi rywalami z Chin oraz Argentyny, których przydzieliło Skrze pomyślne losowanie. Aż dotarliśmy do meczów o poważną stawkę, z realnymi potęgami – Zenitem Kazań, Cucine Lube Civitanovą oraz Sadą Cruzeiro.

Wtedy przerżnęli bełchatowianie wszystko. 0:3 z Rosjanami, 0:3 z Włochami, 0:3 z Brazylijczykami. Aż mi się w trakcie oglądania przypomniało, jak w młodości kumple wołali na mnie przez chwilę „Stecu 09”, bo przekonywałem ich, że Widzew wyeliminuje Eintracht z Pucharu UEFA, a Widzew wziął i na złość mi oberwał we Frankfurcie 0:9.

Siatkarze Skry nie wypadli beznadziejnie. Próbowali się stawiać Zenitowi, w sobotnim w półfinale wszystkie sety przegrali minimalnie, oklapli dopiero dzisiaj. Im jednak dłużej – czy raczej: krócej – na nich patrzyłem, tym bardziej dzwoniło mi w głowie, że na udział w imprezie o szumnej nazwie „klubowe mistrzostwa świata” zwyczajnie nie zasłużyli. Zresztą wepchnęli się tam, starym siatkarskim zwyczajem, dzięki dzikiej karcie.

Doświadczenie mają tu olbrzymie. Zanim w 2015 r. Skra jedyny raz awansowała do turnieju finałowego Ligi Mistrzów rękami swoich siatkarzy, aż trzykrotnie występowała tam jako gospodarz, wyłącznie ze względów pozasportowych – w 2008, 2010 i 2012 r. A teraz jeszcze podarowała sobie KMŚ… To w siatkówce nic niezwykłego, mówimy o dyscyplinie skażonej mnóstwem patologii, ale bełchatowianie przelicytowali wszystkich. Nikt inny nie otrzymał w prezencie zaproszenia do prestiżowych imprez klubowych aż czterokrotnie.

O czym przypominam, bo do programowej pogardy dla sportowych reguł gry w siatkówce przywykliśmy, zobojętniała nam, coraz częściej jej nie zauważamy. A jeśli nawet zauważamy, to stękamy i unosimy się oburzeni, że tę dyscyplinę zatruwają jacyś nieokreśleni „inni”, w domyśle – działacze organizacji międzynarodowych.

Nieprawda. My, Polacy, w niszczycielskim procederze aktywnie uczestniczymy. Siatkówka to nie „oni”, lecz „my”. A kończącej się właśnie w Krakowie imprezie towarzyszy ponury paradoks, stanowiący przykry dowód naszej winy. Oto Polska jako jedyny kraj wystawiła w klubowych MŚ aż dwóch swoich przedstawicieli akurat w momencie, w którym zasługuje na wyróżnienie w jeszcze mniejszym stopniu niż zazwyczaj. Wiosną żaden nasz klub nie doskoczył wszak do turnieju finałowego Ligi Mistrzów – po pięciu latach nieprzerwanego udziału w elicie.

Generalnie nie istnieją żadne sportowe kryteria, według których mielibyśmy prawo zaciągać do KMŚ i Zaksę, i Skrę. Nawet w europejskim rankingu lig nasza ustępuje i rosyjskiej, i włoskiej, i tureckiej. Światowa siatkówka chorowała, choruje i, obawiam się, jeszcze długo pochoruje. Również z powodu zarazków rozpryskiwanych przez Polaków.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s