Polska dla Polaków

ekstraklasa

Do pokracznych wygibasów piłkarzy się przyzwyczaiłem, do następujących potem „analiz” sytuacji przywyknąć nie umiem – wnerwiają mnie niemożebnie.

I wcale nie wściekam się na anegdotyczne wyziewy od popularnych ekspertów telewizyjnych, które robią furorę jak memy – jeden guru ogłasza, że europejskie puchary fałszują rzeczywistość (nasza liga nie aż taka zła), a inny chce życzyć trenerowi Jerzemu Brzęczkowi powodzenia, więc rzuca „niech mu ziemia lekką będzie”. Na nie też zobojętniałem, stanowią po prostu element paskudnego krajobrazu naszej piłki, w której nie trzeba logicznie myśleć ani znać podstaw języka polskiego, żeby objaśniać publice świat. Wściekam się na całą poklęskową kakofonię, na niemal wszystko, co wybrzmiewa po każdym kolejnym gniocie zaserwowanym przez Legię, Lecha czy Górnika.

Przed chwilą wdepnąłem w wywiad z Orestem Lenczykiem, krążącym po łączach jako świetny. Emerytowany trener atakuje dwiema tezami. Stwierdza, że reprezentacja Polski grała najgorzej na mundialu i wyjaśnia niepowodzenia wszelkich naszych drużyn – również klubowych – fatalnym przygotowaniem fizycznym piłkarzy. Nie wiem, dlaczego uważa, że nasi kopali marniej niż Arabia Saudyjska albo Panama, bo przepytywany nie czuje potrzeby uzasadniania czegokolwiek, chlapnąć można wszystko, byle brzmiało efektownie. Opinii redukującej problem naszej piłki do słabej kondycji też nie rozwija, choć diagnoza kompletnie niczego nie wyjaśnia, wszak naszych ligowych prezesów stać na import specjalistów od przygotowania atletycznego, którzy wytrenują kopaczy tak, by nie umarli z wycieńczenia w bataliach z Luksemburczykami, Słowakami, Mołdawianami czy innym Trapezfikiem.

Ale wywiad cieszy się powodzeniem. Dobrze ten Lenczyk powiedział, nie wstrzymuje języka, wreszcie ktoś mówi, jak jest.

Dla jasności: nie czepiam się tego konkretnego trenera, zresztą akurat do niego czuję instynktowną sympatię (rozmawiałem z nim tylko raz w życiu, przez telefon). Czepiam się poziomu całej publicznej debaty. Niechlujnej, przesyconej wielokrotnie przemielonymi komunałami, które nie tyle znamy na pamięć i zanudzają, ile fruwają bardzo daleko od minimum zdrowego rozsądku. Obłędną popularność ma np. chwyt retoryczny polegający na wyliczaniu, że w Niemczech dzieje się tak, w Hiszpanii – siak, a w Anglii – jeszcze inaczej. Dlaczego nie można zrobić tego samego u nas i w ogóle. Wtedy byśmy wygrywali.

Bez sensu. Nasi piłkarze dostają po tyłkach od Luksemburgów, a nie od mistrzów wszechświata. Wszystkie zdania zawierające słowa „Niemcy”, „Hiszpania” oraz „Anglia” wymazałbym z rozmowy, ponieważ niczego nie wnoszą. Kompletnie niczego. Traktowałbym je jak reductio ad hitlerum, zagranie wykluczające z gry. Jeśli są powszechnie tolerowane, to wskutek – moja obsesja, nęka mnie od  zawsze – programowego antyintelektualizmu polskiej piłki, który sprawia, że wielu dyskusji nie sposób zrozumieć. W każdym razie ja nie rozumiem. Czasami żadnego zdania w snutym wywodzie. Literalnie – żadnego.

Sam też czuję się bezsilny, gdy patrzę, co wyprawiają gracze zatrudnieni w tzw. ekstraklasie. Nie zaoferuję łatwego wyjaśnienia, dlaczego przegrywają z jeszcze nędzniej wyszkolonymi od siebie, dlaczego w klubach z innych krajów wyrzuconym z naszej ligi wiedzie się lepiej, dlaczego naszymi klubami się tak fatalnie zarządza – szczegółowo przyznawałem się do winy w artykule z soboty. Im bardziej głupi się jednak czuję, tym bardziej przeraża mnie umysłowa tandeta, jaka patronuje próbom opisywania naszego futbolu.

Króluje w niej podział na Polaków i obcokrajowców. To dlatego zacząłem spisywać niniejszą notkę – nie mogę słuchać nieustającego ględzenia o tym, że wypuszczamy na boiska tzw. ekstraklasy zbyt wielu cudzoziemców, wrzasków, że blokują miejsce rodzimej młodzieży, postulatów, by nakładać limity na obcych albo finansowo premiować lansowanie juniorów, pogardliwych prychnięć o importowanym „szrocie”. Identycznie bzdurna dychotomia jak ciążąca nad poszukiwaniami kolejnych selekcjonerów reprezentacji kraju, którym zawsze towarzyszy doniosłe pytanie o paszport. Polski czy zagraniczny?

Nie jestem za masowym sprowadzaniem cudzoziemców. Nie jestem też przeciw. To dylemat sztuczny, trele-morele odciągające uwagę od meritum, tik umysłowy anachroniczny, prowadzący donikąd. (Też już było: można grać lepiej niż polskie kluby siłami własnymi, jak uczy przykład białoruskiego BATE Borysów, i można siłami zapożyczonymi, jak uczą drużyny cypryjskie). Jak z wyjaśnianiem klęsk porównaniami do Niemców i innych potęg: niczego nie wnosi. Gdy Odidja-Ofoe, Nikolic czy Prijovic wygrywają ze Sportingiem, to nikt nie zagląda im w dokumenty, a gdy ich następcy obrywają od nie wiadomo kogo, to pochodzenie zaczyna być kluczowe.

Dlatego uwieszania się w debacie na kwestiach narodowościowych też całkowicie bym zakazał jako jałowego, prowadzącego donikąd. Nie wolno porównywać do Niemców, nie wolno apelować o promowanie polskiej młodzieży. Osiągnęlibyśmy wówczas przynajmniej jeden sukces – eksperci nie mieliby nic do powiedzenia, zrobiłoby się nad tą trumną ciszej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s