Nieboskie Buenos

River Plate - Boca Juniors, Superclasico, Copa Libertadores. Fot. Gustavo Garello (AP)

Miał być finałem wszech czasów, okazał się wydarzeniem dla futbolu haniebnym. I, niestety, dość logiczną puentą historii derbów Buenos Aires – reklamowanych zazwyczaj jako najgorętsze na świecie, ale przede wszystkim najkrwawszych.

Podstawowe fakty chyba wszyscy znają. Rewanżowy mecz River Plate z Boca Juniors, czyli największymi argentyńskimi klubami, w finale Copa Libertadores, czyli południowoamerykańskim odpowiedniku Ligi Mistrzów, zaplanowano na sobotę. Ale na autokar wiozący piłkarzy gości spadły kamienie, butelki, kije. I obejrzeliśmy przygnębiające sceny: nagraną smartfonem panikę wewnątrz pojazdu, wybite szyby, opatrywanych w szatni zawodników, policję rozpylającą gaz pieprzowy. Przerażony kierowca zemdlał i gdyby wiceprezes klubu Horacio Paolini nie chwycił kierownicy, doszłoby do wypadku. Niektórzy gracze po przybyciu na stadion wymiotowali, zapłakany kapitan drużyny Pablo Pérez i jego kolega z zespołu Gonzalo Lamardo zostali odesłani do szpitala z uszkodzonym szkłem okiem.

Początek meczu opóźniano. O godzinę, dwie, trzy. Gdy postanowiono przesunąć go na niedzielny wieczór, wokół stadionu trwały już regularne zamieszki – gaz nie wystarczył, policja strzelała gumowymi kulami. Obie drużyny nie chciały grać, nalegać miały jednak władze Conmebol i zaproszony na mecz prezes FIFA Gianni Infantino.

Nazajutrz wciąż trwały negocjacje, a równocześnie dowiadywaliśmy się, że np. wspomniany Pablo Perez częściowo nie widzi na jedno oko i do składu wpisano go wbrew zaleceniom lekarzy. Aż wreszcie mecz przełożono na nie wiadomo kiedy. Na pewno nie odbędzie się przez następne 10 dni – w czwartek stolica Argentyny gości szczyt G20, a już wcześniej uzgodniono, że w czasie jego trwania wszelkie imprezy sportowe zostaną odwołane.

Tymczasem sprowadzanie derbów Buenos Aires do „imprezy sportowej” byłoby skandalicznym zawężaniem tematu.

Wszyscy od dawna czuli przed tym dwumeczem obezwładniający lęk. Zdarzy się raz i już się nie powtórzy. Nigdy. Okazji do zemsty nie będzie, pokonany jest skazany na wieczne potępienie. W sobotni wieczór w Buenos miał nastąpić sąd ostateczny.

I nie myślcie sobie, że wciskam wam typową dla pisania o sporcie mieszaninę przesady i patosu wzmocnioną jeszcze przez wokółfinałowy zamęt. Akurat w tym przypadku, niezależnie od wypadków z weekendu, każda hiperbola jest uzasadniona. Ewentualnie – za mała.

Kiedy Boca i River rywalizowały w półfinałach Copa Libertadores z Palmeiras i Gremio, to prezydent kraju Mauricio Macri otwarcie przyznawał, że kibicuje brazylijskim rywalom. Żeby tylko uniknąć finałowej wojny domowej. Wojny rozciągniętej w czasie, ponieważ trofeum zdobywa się tam, inaczej niż w europejskiej Champions League, w systemie mecz i rewanż. Mówił Macri o trzech tygodniach bezsenności, nieuniknionym paraliżu miasta i strachu przed kibicowskim amokiem, którego stolica nie wytrzyma. Buenos Aires wielokrotnie stawało w ogniu z powodu derbów – przesyconych przemocą jak żadna futbolowa rywalizacja na świecie, z setkami ofiar śmiertelnych w porachunkach gangów związanych z oboma klubami. Gdy w 2015 r. giganci zderzyli się w 1/8 finału Copa Libertadores, rewanż odwołano i przyznano walkower River Plate, bo w przerwie rewanżu na stadionie Boca Juniors piłkarze gości zostali zaatakowani w tunelu gazem pieprzowym, czterech wylądowało w szpitalu, wcześniej w trakcie gry obrzucano ich z trybun przedmiotami.

Nazywają ów szlagier Superclasico i obwołują najgorętszym na planecie, ale nie ze względów sportowych, lecz właśnie przez ekstremalną temperaturę wokół boiska. Można powiedzieć, że stadiony Bombonera i Monumental leżą nie tyle w Buenos Aires, co tam, gdzie miłość do futbolu wyrodziła się w patologię.

Teraz ciągnęli w ich kierunku fanatycy ze wszystkich stron świata. „W ich kierunku”, ponieważ biletów oczywiście nie wystarczyło dla wszystkich chętnych (spłynęło ponad milion zgłoszeń, obu klubom kibicuje 65 proc. ludzi w liczącej 44 mln mieszkańców Argentynie), a kibiców gości na oba stołeczne obiekty od lat się nie wpuszcza. Agencja Reuters cytuje 33-letniego Byrona Stuardo Alquijaya, który przyleciał z Gwatemali: „River Plate to moje życie. Musiałem sprzedać samochód, żeby tu przyjechać. W przyszłości mogę kupić sobie inny, a powtórki tego meczu już nigdy nie będzie”.

Ma więcej niż rację: od przyszłego sezonu z Copa Libertadores znika finałowy dwumecz, o triumfie będzie decydowało pojedyncze spotkanie na neutralnym terenie. Dlatego Argentyńczycy krzyczeli o Finale Świata (La Final del Mundo) oraz Finale Wszech Czasów (La Final de Todos los Tiempos), dlatego pokonany nigdy nie zdoła wziąć odwetu, dlatego prezydent Macri (prezesował Boca w latach 1995-2008) szacował, że lizanie ran potrwa co najmniej 20 lat. A jeśli zanurzycie się w kibicowskie fora internetowe, odkryjecie, że żądza zwycięstwa ustępowała strachowi przed klęską. Drżeli zwłaszcza zwolennicy River Plate, które po wyjazdowym remisie 2:2 (gole na wyjeździe nie mają tam znaczenia) podejmowało Boca Juniors w rewanżu u siebie – niepowodzenie miało być niewysłowionym poniżeniem, bo rywale fetowaliby na stadionie Monumental! Apokalipsa. A mówimy o kulturze piłkarskiej szczególnej, w której rozkosz wywołana obserwowaniem cierpienia przeciwnika liczy się nawet bardziej niż ekstaza spowodowana własnym sukcesem. W czwartkowym minireportażu Reutersa wypowiada się także Maria de Faz, którego ojciec miał podczas derbów atak serca: „Nie lubię meczów River – Boca. Wykańczają mnie. Nie chciałem, by do tego finału doszło. I nie wiem, jak poradzę sobie ze sobą do sobotniego wieczoru”. A Vicente Zucala, niewidomy 29-latek uzależniony od River Plate, dodaje: „Jeśli przegramy, jesteśmy skończeni. Będzie po wszystkim”.

Dlatego wielu co bardziej przytomnych fanów nawoływało przed rewanżem, by ze względu na wyjątkowość chwili pozawierać pakty o nieagresji przynajmniej wewnątrz rodzin i grup znajomych. Było o co apelować, bo co rusz słyszeliśmy o ponurych incydentach – pewną awanturę między serdecznymi kumplami podzielonymi właśnie w kwestii kibicowskiej zwieńczyło podpalenie domu. W żyłach mieszkańców Buenos Aires bulgotały tak silne emocje, że gigantyczna mobilizacja sił policyjnych nie mogła niczemu zapobiec – brutalna bójka mogła wybuchnąć w każdej knajpie, na każdym podwórku, w każdym domu. Gdy przed siedmioma laty River jedyny raz w historii spadło do drugiej ligi, dzielnica, w której stoi Monumental, eksplodowała wandalizmem i ślepą nienawiścią. Zniszczone samochody, koktajle Mołotowa, gaz łzawiący… Efekty reagowania na piłkę nożną, które ponurą kulminację miało w 1968 roku, gdy derby rozpoczęte od palenia wrogich flag i rzucania workami z moczem zamieniły się w masakrę. Zginęło 71 osób, 150 było rannych.

Teraz jeszcze przed pierwszym meczem służby publiczne przypominały w mediach, by fani z problemami zdrowotnymi poumawiali wizyty u lekarzy, upewnili się, że mają wystarczającą ilość leków, w dniu wydarzenia nie objadali się i porządnie nawodnili, poćwiczyli fizycznie, a najlepiej – zrezygnowali z oglądania. Instytut Kardiologii przestrzegał stacje radiowe i telewizyjne, by podczas transmisji raczej tonowali nastroje, bo istnieje olbrzymie ryzyko tragedii – i np. Radio AM550 obiecało ściszyć odgłosy z trybun, puścić w tle muzykę relaksacyjną, rozkazać komentatorom, by wyrzucali z siebie słowa wolniej niż zazwyczaj, a przede wszystkim poprzestali na suchym relacjonowaniu faktów i unikaniu mogących wyzwalać skrajne emocje przymiotników. – Gdy w doliczonym czasie pierwszej połowy pierwszego spotkania gol Dario Benedetto dał prowadzenie Boca, opisałem tylko poprzedzającą go akcję. Nie wspomniałem ani słowem, że to katastrofa dla River – opowiadał „New York Timesowi” radiowiec Leonardo Uranga, który przed transmisją rozmawiał na antenie z kardiologiem, a w jej trakcie powstrzymał instynkty i najważniejszego meczu w karierze nie relacjonował w typowym dla siebie (i w ogóle wszystkich południowych Amerykanów) opętańczym tempie. Obłęd. Obłęd o rozmiarach nie do objęcia rozumem dla nikogo z naszej strefy klimatycznej, nawet znawców derbowych piekieł w Glasgow czy Stambule, nie mówiąc o piekiełkach w Sewilli czy tlących się nad El Clásico. Kiedy w ubiegłym tygodniu Boca zorganizowało otwarty trening, trybuny były nabite ponad granice bezpieczeństwa, roztańczone i rozśpiewane już godzinę przed wyjściem piłkarzy na boisko. Aż zaniepokojone władze miejsce obiekt zamknęły.

Weekendowy chaos zapewne odbija również głębokie społeczne problemy Argentyny, kraju pogrążonego w permanentnym kryzysie – z gigantycznym długiem publicznym, galopującą inflacją, bezrobociem i masowo uciekającymi inwestorami. O tym nie chcę się wymądrzać, ale tamtejszego bzika derbowego, czysto piłkarskiego, trochę zaznałem. Nie na Bombonerze i Monumental (choć oba wizytowałem), lecz w Santa Fe. Jechałem na nie z uzbrojoną eskortą, przez miasto zamarłe jak w stanie wojennym po godzinie policyjnej, murawę z obu dłuższych boków oddzielała od trybun fosa, za bramkami dostęp do boiska miał uniemożliwiać wysoki na dziesięć metrów parkan zwieńczony kłębami drutu kolczastego. I ten jednak był niestraszny śmiałkom, którzy wspinaczkę rozpoczęli tuż po rozpoczęciu meczu. Gdy najwytrwalsi docierali do szczytu, arbiter przerwał grę, bo kibice ryzykowali śmiertelnie, upadkiem na beton – wyściełany tylko papierami, które porywisty wiatr zatrzymał, gdy frunęły w kierunku murawy. Policjanci przyglądali się wspinającym się obojętnie, do powrotu na trybuny namówili ich dopiero piłkarze.

Widziałem tam mnóstwo niepełnosprawnych, większość siedziała w wózkach przy murku odgradzającym widownię od fosy. Czy raczej – miotała się w totalnym delirium. Przy każdym groźniejszym ataku, agresywniejszym faulu lub kontrowersyjnej (znaczy każdej) decyzji sędziowskiej wraz z całym stadionem wpadali w taki szał, że wielu zsuwało się na ziemię. Siedzący w najniższych rzędach podbiegali, wciągali ich z powrotem na wózki, wracali na swoje miejsca. Mijało kilka minut, inwalidzi znów wchodzili w niekontrolowany ruch wirowy, znów lądowali na podłodze, znów podnosili ich sąsiedzi etc. I tak po ostatni gwizdek.

W pamięci najmocniej utkwiła mi siedząca obok młoda matka. Uczucia kibicowskie toczyły w niej wewnętrzną walkę z macierzyńskimi, kobieta zerkała na oszołomioną hałasem i zziębniętą kilkuletnią córkę, po czym efektowny przerzut piłkarza przykuwał jej uwagę do boiska. Chciała poprawić dziecku kaptur i pewnie zrobiłaby to natychmiast, gdyby nie udany drybling prawoskrzydłowego. Gra pochłaniała ją do granic przytomności, to wówczas pierwszy raz pomyślałem, że futbolowa mania może osiągnąć stadium ciężkiej choroby. A po meczu ulżyło mi, że nie dostałem w głowę kubkiem wypełnionym moczem, pociskiem bardzo tam popularnym.

Kto zagląda na argentyńskie stadiony – nie tylko, piłka na całym kontynencie płonie – przywykł, że gra toczy się tam pod wysokim napięciem i zawodnicy, trenerzy oraz sędziowie opuszczają boisko osłaniani tarczami. Korespondent hiszpańskiego „El Pais” zżymał się wczoraj, że w Europie romantyzujemy tamtejszy futbol, dla własnej wygody zamykając oczy na fakt, że skolonizowały go hordy barbarzyńców, przed którymi normalni ludzie się ukrywają. (Mógłby dodać: koloryzujemy egzotykę znużeni monotonną estetyką korporacji barcelońskich, madryckich, paryskich itd.). Teraz w Buenos Aires ofiary fizycznej napaści wśród graczy mieliśmy jeszcze przed gwizdkiem, więc szefowie Boca żądają walkowera, a niedzielną decyzję o kolejnym przełożeniu meczu uzasadniono troską o równość szans. Nie wiadomo, gdzie i kiedy zostanie ostatecznie rozegrany, może nawet nie wiadomo, czy w ogóle się odbędzie. I czy powinien się odbyć. Finał i tak właściwie już rozstrzygnięto. Zatriumfowała nienawiść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s